/ Jaimie Warren /
Siedziałam obok Caluma na przednim siedzeniu samochodu, który jeszcze parę godzin temu uznałam za własność mojego sąsiada. Przed wyjazdem Zoey załatwiła mi trochę lodu z lodówki, który teraz przyciskałam do zranionego miejsca. Początkowy odcinek drogi minęliśmy w ciszy. Czułam się strasznie niezręcznie, a także było mi wstyd. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy? Już chyba wyczerpałam swój limit nieszczęść na jedną dobę...
-Myśl co chcesz, ale to wyglądało obłędnie- zagaił w końcu Calum. Spojrzałam na niego nie do końca wiedząc co chce przez to powiedzieć.
-Chodzi ci o...?
-No o lot Josha i jego lądowanie na twojej głowie.
-Wcale nie wylądował na mojej głowie tylko mnie kopnął- prychnęłam urażona.
-A ty skąd wiesz? Leżałaś już jak długa na podłodze- zaśmiał się cicho co jakiś czas spoglądając na mnie.
-Zabawne- odwróciłam głowę by nie spotkać jego wzroku.
-Nie przejmuj się. Zostałaś gwiazdą...
-Świetnie- przerwałam oschle chcąc dać mu do zrozumienia żeby nie drążył już tego tematu.
-Masz niezwykłe szczęście. Najpierw mylisz samochody, a teraz...
-Dobra, koniec! Zatrzymaj się, wysiadam!
-Co? Uderzyłaś się w głowę?..Sorry..
-Ha ha, koniec żartów, zatrzymaj się!
-Zwariowałaś? Wiozę cię do szpitala więc nie mogę wysadzić cię gdzieś po drodze.
-Nic mnie to nie obchodzi. Sama trafię! Zadzwonię po taksówkę, zapytam się ludzi...Poradzę sobie! Od przebywania w twojej obecności dostaję mdłości i czuję się okropnie więc zatrzymaj ten cholerny samochód!!
Tak jak chciałam tak i zrobił. Zjechał na pobocze więc mogłam bezpiecznie wyjść z samochodu. Mocno trzasnęłam drzwiami wyrażając tym moją frustrację i ruszyłam przed siebie mając nadzieję, że gdzieś w ten sposób dojdę...
Po jakichś 10 minutach drogi minęłam stację benzynową i jakieś ładnie wyglądające osiedle, ale nie było widać ani jednej osoby, którą mogłabym poprosić o pomoc. Zaczynałam powoli żałować, że wysiadłam z samochodu Caluma. W ogóle o co ja się tak zdenerwowała? Pożartować sobie chłopak nie może? W końca sama jestem sobie winna. Kara za moje sieroctwo. Nagle usłyszałam za sobą klakson samochodu. O cholera...To pewnie jacyś źli ludzie, którzy mogą mnie porwać, zgwałcić, napaść lub wywieść z kraju, albo sprzedać!! Powinnam uciekać...
-Już ci przeszło?
Samochód jechał blisko mnie więc mogłam zobaczyć twarz kierowcy. Calum. Nic nie powiedziałam. Dalej miałam urażoną minę choć tak naprawdę w duchu dziękowałam niebiosom, że po mnie wrócił.
-Już nie będę żartował więc wsiadaj- mówił niemal potulnym głosem jakby rozmawiał z małym dzieckiem, które trzeba namówić do zrobienia czegoś czego nie chce choć powinno. Znowu poczułam się głupio. Najlepsze co mogłam zrobić to zająć miejsce w samochodzie. Tak też zrobiłam.
-Przepraszam, że się tak uniosłam- powiedziałam w końcu nie patrząc na niego.
-Spoko. Dziewczyny już takie są. Poza tym też trochę przegiąłem.
Puścił piosenkę pewnego uwielbianego w Australii zespołu...5sos jeżeli się nie mylę, Good girl.
-Lubisz ich?- zapytał gdy piosenka się skończyła.
-5sos? Lubię. Wydają się sympatyczni.
-A którego najbardziej.
-Michaela. Fajnie wygląda gdy biega z laską.
-...Co?
-Haha, nic. Nieważne- uśmiechnęłam się pierwszy raz od dłuższego czasu.
W końcu dojechaliśmy do szpitala. Lekarz był dla nas trochę niemiły. Pewnie wziął nas za nieodpowiedzialnych imprezowiczów...No cóż, ciężko było się z nim nie zgodzić. W końcu się mną zajął. Skończyło się na kilku szwach i mogliśmy wracać na imprezę. Ja i Calum byliśmy nieco głodni więc postanowiliśmy wstąpić do jakiegoś fast fooda. Potem odwiózł mnie już do pokoju gdyż stwierdziłam, że mam dość wrażeń na dzisiaj, a jutro zaczynają się wykłady więc...chcę spać.
/ Zoey Burton /
Calum wrócił sam bez Jaimie. Powiedział nam, że musieli wracać do szpitala, bo dostała padaczki. Na chwilę znów wszyscy zaczęli myśleć czy aby na pewno nie będą uczestnikami pogrzebu, ale jego śmiech nas uspokoił, bo okazało się, że żartuje. Jaimie postanowiła jednak położyć się wcześniej spać.
Posiedziałam z chłopakami jeszcze chwilę dzięki czemu udało mi się dużo o nich dowiedzieć: Ashton studiuje prawo, Michael medycynę, Luke zarządzanie, a Calum informatykę. W końcu ja również postanowiłam wrócić do akademika żeby być w miarę funkcjonalna.
Rano mnie i Jaimie obudziło pukanie do drzwi.
-Otwórz- powiedziała ciemnowłosa głosem jakby miała jakieś 8 promili...
-Ty otwórz- prawdopodobnie brzmiałam tak samo - To na pewno do ciebie.
-Nie, to do ciebie. Zostałaś na imprezie dłużej, a ja do nikogo prawie się nie odezwałam.
Jaimie mnie przekonała więc wstałam leniwie, założyłam na siebie szlafrok i otworzyłam drzwi. Poczułam pulsującą żyłę na czole, bo nikogo nie było. Wstała z łóżka dla jakiegoś cholernego żartu?? Zobaczyłam jednak, że na podłodze coś stoi. Bukiet kwiatów. Nie był jakiś wytworny, ale całkiem ciekawy, bo kwiaty w żaden sposób się ze sobą nie komponowały. Do łodyg przeczepiona była karteczka z napisem "Jeszcze raz przepraszam". Wywnioskowałam więc, że to do Jaimie.
-Hyhy, masz tajemniczego wielbiciela- rzuciłam jej bukiet na łóżko.
-Co ty robisz?- zapytała zirytowana. Podniosła się jednak i przeczytała napis na karteczce- O matko. Weź to wywal.
-Sama to zrób. Może i uderzyłaś się w głowę, ale nie będę cię niańczyć- wyciągnęłam z lodówki jogurt, który był moim śniadaniem. Po chwili namysłu wyciągnęłam i drugi - Znaj moją łaskę, masz- rzuciłam jej go razem z łyżką by nie musiała przechodzić tego dystansu.
-Hoho, widzę, że czasem nawet ty miewasz dobre dni- zaśmiała się pod nosem.
Po wykładach wróciłam do pokoju z jedną myślą : spać. Nie miałam głowy do niczego innego. Jaimie miała wykłady dwie godziny później więc i wróci dwie godziny później. Ten czas mogłam bez problemu wykorzystać na drzemkę. Nagle usłyszałam dźwięk telefonu stacjonarnego...Kto do cholery ich używa? Przysięgam, że jeżeli to znowu Josh dzwoni z przeprosinami to własnoręcznie go zatłukę.
-Słucham?
-Chyba o czymś zapomniałaś- rozpoznałam ten drwiący głos po drugiej stronie słuchawki.
-Nie wiem o czym mówisz...o najwspanialszy- dodałam po chwili by nie słuchać dłużej jego gadki.
-Tak lepiej...Cóż. Byliśmy umówieni. Ale na pewno o tym pamiętasz, w końcu to randka ze MNĄ.
-Ta...
-Także, ubierz się ładnie, zrób się na bóstwo i za 20 minut będę, pa.
Rozłączył się. Aha. Co za buc.
Przebrałam się jednak w coś elegantszego żeby nie wyjść na wieśniaka. Nawet moja złośliwość ma swoje granice, zwłaszcza gdy w grę wchodzi opinia o mnie. Gdy usłyszałam pukanie do drzwi kończyłam poprawiać makijaż.
-Witam- Luke stał opartu o framugę. Miał na sobie czarną skórę przez co skojarzył mi się z motocyklistą. Wczoraj na imprezie w sumie był ubrany podobnie...
-Hej-nie podzielałam jego entuzjazmu.
-To możemy już iść? Wnioskuję, że jesteś już gotowa.
Zeszliśmy po schodach na dół gdzie czekał już jego "rydwan" a mianowicie motocykl w takim samym odcieniu jak jego skórzana kurtka.
-Masz- wręczył mi kask, a drugi założył na siebie -Wnioskuję, że pierwszy raz widzisz takie cacuszko.
Wzruszyłam ramionami.
-Może. Nie wiem, nie pamiętam. Dokąd mnie zabierasz?- chciałam szybko zmienić temat, bo nie znałam się zbytnio na motorach, a nie chciałam przed nim blado wypaść. Miałby kolejny powód do żartów.
-Proponujesz coś?
-Kino.
-Sprytnie. W kinie trzeba być cicho więc nie miałabyś okazji żeby zwracać się do mnie "o najwspanialszy". Przykro mi, ale ci tego nie odpuszczę. Jest taka jedna restauracja ze świetnym żarciem i obsługą. Tam chciałbym cię zabrać.
-Serio?- trochę się speszyłam. Nie byłam odpowiednio ubrana. Gdyby od razu mi powiedział to założyłabym sukienkę lub coś...
-Tak, strasznie ciężko tam o wolne miejsca. Trzeba dokonywać rezerwacji z miesięcznym wyprzedzeniem.
-Więc jaki ci się udało to zrobić z dnia na dzień?
-No właśnie nie udało.
-Hę? To gdzie w końcu jedziemy?
-No do tej restauracji. I masz się do mnie zwracać "o najwspanialszy".
Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Luke ruszył tak szybko, że prawie spadłam i tylko dzięki jego mocnej postawie udało mi się zachować równowagę.
*****
Restauracja rzeczywiście była oblegana i nigdzie nie było ani jednego wolnego stolika. Luke i ja podeszliśmy do kierownika sali.
-Witam, w czym mogę państwu służyć?- zapytał profesjonalnie jednak po wyglądzie stwierdziłam, że miał mniej więcej tyle samo lat co my.
- Siema stary- odparł Luke bezceremonialnie. Miałam ochotę strzelić facepalma...-No więc my tutaj przyszliśmy wiesz...coś zjeść- wskazywał na mnie uśmiechając się porozumiewawczo. Czyli zna tego typa. Nie ma innej możliwości, w końcu nie ma tak głupich ludzi żeby w ten sposób zwracali się do obcych.
-Ach, rozumiem. Więc pozwolicie państwo, że zaprowadzę was do specjalnego miejsca dla specjalnych gości.
Ruszyliśmy za chłopakiem. Byłam ciekawa gdzie nas zaprowadzi..Po chwili staliśmy już pod wejściem na zaplecze.
-Luke, chyba wiesz co dalej robić- uśmiechnął się chłopak i wrócił na swoje stanowisko.
Boże drogi, w co ja się wpakowałam?
-No więc zapraszam- otworzył mi drzwi.
Byłam w takim szoku, że nie mogłam mu nic odpowiedzieć. Zaprosił mnie na randkę na jakieś zaplecze...
Przeszliśmy przez mały korytarzyk aż przed nami ukazały się drzwi do "Pokoju dla pracowników". Weszliśmy tam. Pomieszczenie nie było duże, ale mieściła się w nim średnia kanapa, fotel i telewizor.
-Rozgość się- zaproponował z uśmiechem, a ja dalej nie byłam w stanie nic powiedzieć -Widzę, że zaniemówiłaś z wrażenia.
-Ta. Rzadko kiedy ktoś zabiera mnie na randki na zaplecze restauracji.
- Trzeba być pomysłowym i oryginalnym żeby nie wkradła się rutyna.
-Pracujesz tu?- zapytałam po chwili.
-Tak, jestem kelnerem. Jakbyś szukała pracy to może mógłbym zagadać do szefowej- uśmiechnął się szarmancko i już wiedziałam, że nie pojawię się w tej restauracji ponownie.
Secret love song
wtorek, 19 lipca 2016
poniedziałek, 13 czerwca 2016
Rozdział 2
/ Jaimie Warren /
Trochę irytował mnie fakt, że już większość osób wiedziała o mojej wpadce z samochodem dzisiaj rano. Zoey co chwilę ukradkiem posyłała mi przeróżne uśmiechy podobnie jak sam właściciel pojazdu. Jedyne osoby, które wydawały się nie być zainteresowane tym wydarzeniem to Ashton i Michael, bo nawet zwycięzca piłkarzyków co jakiś czas rzucał przeróżne uwagi typu "Calum, dobrze, że potrafisz zamykać samochód" lub po prostu "Co to za różnica jakim samochodem pojadę skoro wygląda tak samo?". Nie miały być one chamskie, a jedynie śmieszne, ale nie zmieniało to faktu, że byłam tym zirytowana w przeciwieństwie to Zoey, która robiła maślane oczy za każdym razem gdy tylko Luke otworzył usta. Sama w pewnym momencie chciałam sobie zażartować z przyjaciółki.
-Zoey, mówiłaś, że bardzo chciałabyś pograć w piłkarzyki, a teraz nikt nie gra- zagaiłam rozmowę tak by chłopcy słyszeli.
-Yy, nie przypominam sobie...
-Świetnie!- Luke chwycił ciemnowłosą za ramię i pociągnął w kierunku stołu do gry.
-Czekaj, ja nie gram- Zoey szamotała się przez chwilę, ale gdy spojrzała Lukowi w oczy uspokoiła się co z kolei wywołało na mej twarzy uśmiech.
-Może się o coś założymy?- zaproponował blondyn- Pomyślmy...jeżeli ja wygram to przez miesiąc będziesz mówić do mnie "O najwspanialszy".
-Tydzień- sprostowała Zoey- A jeżeli to JA wygram to przez tydzień będziesz mówić do mnie "O królowo"- uśmiechnęła się przebiegle.
Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać nad jej umiejętnościami w tej grze. Nie przypominałam sobie bym kiedykolwiek z nią w to grała...Może ona rzeczywiście była w to ponad przeciętnie dobra? Gra się rozpoczęła. I mimo, że obserwowałam uważnie to, co się działo nie potrafiłam określić komu idzie lepiej. Nagle wszyscy zaczęli bić brawo. Ja, Zoey, Luke, Ashton, Calum i Michael spojrzeliśmy w stronę dobiegających okrzyków. Na szczycie schodów przy barierce stał chłopak w samych bokserkach i ochraniaczach baseballisty. Obok niego stał inny, równie wysoki chłopak i wydawał z siebie przeróżne okrzyki bijąc brawo jednocześnie. Po chwili zrozumiałam o co chodzi. Widziałam takie coś wiele razy na różnych filmach. Baseballista zjedzie po linie mijając cały salon i wyjedzie na niej przez okno i oczywiście bezpiecznie wyląduję. Lądowanie nigdy się nie udawało, a ten tutaj pewnie myślał, że będzie tym pierwszym szczęśliwie lądującym. Spojrzałam jeszcze raz na linę. Chciałam poznać trajektorię lotu owego studenta. Zaniepokoił mnie fakt, że ta lina była niebezpiecznie blisko nas...Biorąc pod uwagę rozmiary chłopaka, któreś z nas mogło źle skończyć. Zaczepiłam Caluma by podzielić się z nim moimi obawami.
-Czy to przypadkiem nie jest niebezpieczne?
-Jest, o to w tym chodzi- odpowiedział najwyraźniej doskonale się bawiąc.
-Nie wjedzie w nas?
-Haha, skąd? Jestem pewny, że lina się wygnie i Josh wjedzie w okno. Nie mogę tego przegapić.
Calum, Luke, Michael, Ashton i nawet Zoey wyciągnęli swoje telefony i włączyli funkcję kamery. Postanowiłam zrobić to samo. Nie chcę ujść za dziwaka.
Wszyscy zaczęli odliczać.
-3, 2, 1...
I ruszył.
Na początku zjeżdżał powoli, ale Calum miał rację. Pod jego ciężarem lina niebezpiecznie się obniżyła co jednocześnie spowodowało przyspieszenie zjazdu Josha. Przez kamerę w telefonie widziałam, że jest on niebezpiecznie blisko nas. Zapewne to kamera tak wszystko przybliżyła, bo gdyby naprawdę był tak blisko to któreś z nas...
-Jaimie!-usłyszałam jak ktoś woła moje imię...i tyle, bo zaryłam głową o podłogę.
*********
-Jaimie! Wszystko okej?-ujrzałam nad sobą twarze wielu osób. Jedynymi, które rozpoznałam była Zoey oraz chłopcy. Chciałam kiwnąć twierdząco jednak sparaliżował mnie ból w dolnej części czaszki. Złapałam się za to miejsce ręką i poczułam tam jakąś ciecz...Spojrzałam na dłoń. Krew. Kilka osób pochylających się nade mną skrzywiło się z obrzydzenia i odeszło kilka kroków dalej dając mi tym samym możliwość swobodnego oddychania.
-Cholera...-zaklął Luke.
-Chyba bez szpitala się nie obejdzie- odezwał się Calum.
-Dajcie spokój! Ashton studiuje medycynę, on to załatwi- wpadł na genialny pomysł Michael, a ja przeraziłam się w duchu. Nie miałam jednak tyle sił by zaprzeczyć więc czekałam aż zrobi to kroś inny, na przykład Zoey. To moja przyjaciółka więc na pewno zatroszczy się o moje bezpieczeństwo i o to by zajął się mną lekarz.
-Dobra- zgodziła się- Świetny pomysł. Trzeba znaleźć apteczkę...
-CO? Ja dopiero zaczynam te studia...-jedyną osobą, która sprzeciwiła się temu pomysłowi był Ashton i chwała mu za to, a z Zoey później się policzę. Między nimi wybuchła dyskusja, a słowa rozpływały się w mojej głowie więc nawet nie wiedziałam o co się kłócą. Domyślałam się, że chodzi o mnie i o to co ze mną zrobić. No nic, najwyższy czas wziąć sprawy we własne ręce. Z lekkim trudem podniosłam się do pozycji siedzącej.
-Wszystko okej- zapewniłam- zadzwonię po taksówkę i podjadę do szpitala, a wy się nie przejmujcie- zaczęłam powoli wstawać, ale źle się poczułam więc wróciłam do pozycji wyjściowej. Dopiero Calum złapał mnie i pomógł wstać.
-Ja cię zawiozę- zaproponował.
-Jesteś pijany, zostaw mnie- odrzuciła jego pomoc.
-Cóż, wydaje mi się, że nie masz zbyt wielkiego wyboru Jaimie- uśmiechnęła się moja była już przyjaciółka- W razie jakichś problemów, Calum, mogę pomóc ci ją zakneblować.
/ Zoey Burton /
Minął jakiś kwadrans odkąd Jaimie i Calum opuścili imprezę. Że też ona zawsze musi coś wywinąć...No ale dzisiaj przeszła samą siebie! Gdy tak leżała nieruchomo na podłodze myślałam, że będę musiała kupić jakąś czarną sukienkę...
Gdy emocje trochę opadły wszyscy wrócili do zabawy. Ja i Luke również. Przy piłkarzykach byliśmy jednak tylko we dwójkę ponieważ była już ta godzina, że większość osób wolała się poważne napić natomiast Michael i Ashton pomagali otrząsnąć się Joshowi, który prawie do tej pory myślał, że spowodował śmierć rówieśniczki. Jaimie się zdziwi jak bardzo stała się popularna...Hehe. Ja i Luke kontynuowaliśmy grę tylko ze względu na zakład. Nie mogłam się skupić na grze więc niestety musiałam patrzeć jak Luke strzela mi gola za golem.
-HAHA wygrałem! Wiesz co to oznacza?- uśmiechnął się.
-No- odparłam wkurzona. Moja przyjaciółka jest w szpitalu, a ten mi gada o tym, że mam zwracać się do niego z jakimś głupim tytułem...I pomyśleć, że jeszcze parę chwil temu mi się podobał. Zawsze mam słabość do takich narcystycznych drani- Mógłbyś odpuścić- zagaiłam- Co jeżeli z Jaimie jest coś poważnego? Nie mogłam się przez to skupić.
-Dobra, dobra. Nie wykręcaj się. Zakład to zakład.
Nie zdążyłam nic odpowiedzieć bo Luke na chwilę odszedł. Przez ramię rzucił coś od odwiedzeniu swojego tronu...
Czekając na niego postanowiłam zadzwonić do Jaimie, do której oczywiście trudniej się dodzwonić niż do prezydenta. Zdenerwowana wsunęłam telefon z powrotem do kieszeni i w tym samym momencie wrócił Luke wymachując swoim telefonem.
-Właśnie rozmawiałem z Calumem- uśmiechnął się- Założyli jej kilka szwów i już wracają. Powiedział też, że Jaimie jest głodna więc wstąpią gdzieś do McDonalda.
-Ech..no tak. Jaimie zawsze wykorzysta sytuację by zjeść trochę frytek.
-Że co?
-A, nic, nic- machnęłam ręką, urywając myśl o największej miłości w życiu Jaimie- frytkach.
-To oznacza, że od teraz przez cały tydzień mówisz do mnie O najwspanialszy.
-Okej, nie ma problemu. Najwyżej będę cię unikać i jakoś zleci.
-Nie nie bardzo ci na to pozwolę. Mam zamiar jutro zabrać cię w pewne miejsce.
-Haha, nie.
-Ekhem...
-Co..?
-No..
-Haha, nie, o najwspanialszy- skrzywiłam się gdy tylko skończyłam mówić. To musi wyglądać naprawdę żałośnie...Ale zaraz...Czy Luke właśnie zaprosił mnie na randkę?
Trochę irytował mnie fakt, że już większość osób wiedziała o mojej wpadce z samochodem dzisiaj rano. Zoey co chwilę ukradkiem posyłała mi przeróżne uśmiechy podobnie jak sam właściciel pojazdu. Jedyne osoby, które wydawały się nie być zainteresowane tym wydarzeniem to Ashton i Michael, bo nawet zwycięzca piłkarzyków co jakiś czas rzucał przeróżne uwagi typu "Calum, dobrze, że potrafisz zamykać samochód" lub po prostu "Co to za różnica jakim samochodem pojadę skoro wygląda tak samo?". Nie miały być one chamskie, a jedynie śmieszne, ale nie zmieniało to faktu, że byłam tym zirytowana w przeciwieństwie to Zoey, która robiła maślane oczy za każdym razem gdy tylko Luke otworzył usta. Sama w pewnym momencie chciałam sobie zażartować z przyjaciółki.
-Zoey, mówiłaś, że bardzo chciałabyś pograć w piłkarzyki, a teraz nikt nie gra- zagaiłam rozmowę tak by chłopcy słyszeli.
-Yy, nie przypominam sobie...
-Świetnie!- Luke chwycił ciemnowłosą za ramię i pociągnął w kierunku stołu do gry.
-Czekaj, ja nie gram- Zoey szamotała się przez chwilę, ale gdy spojrzała Lukowi w oczy uspokoiła się co z kolei wywołało na mej twarzy uśmiech.
-Może się o coś założymy?- zaproponował blondyn- Pomyślmy...jeżeli ja wygram to przez miesiąc będziesz mówić do mnie "O najwspanialszy".
-Tydzień- sprostowała Zoey- A jeżeli to JA wygram to przez tydzień będziesz mówić do mnie "O królowo"- uśmiechnęła się przebiegle.
Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać nad jej umiejętnościami w tej grze. Nie przypominałam sobie bym kiedykolwiek z nią w to grała...Może ona rzeczywiście była w to ponad przeciętnie dobra? Gra się rozpoczęła. I mimo, że obserwowałam uważnie to, co się działo nie potrafiłam określić komu idzie lepiej. Nagle wszyscy zaczęli bić brawo. Ja, Zoey, Luke, Ashton, Calum i Michael spojrzeliśmy w stronę dobiegających okrzyków. Na szczycie schodów przy barierce stał chłopak w samych bokserkach i ochraniaczach baseballisty. Obok niego stał inny, równie wysoki chłopak i wydawał z siebie przeróżne okrzyki bijąc brawo jednocześnie. Po chwili zrozumiałam o co chodzi. Widziałam takie coś wiele razy na różnych filmach. Baseballista zjedzie po linie mijając cały salon i wyjedzie na niej przez okno i oczywiście bezpiecznie wyląduję. Lądowanie nigdy się nie udawało, a ten tutaj pewnie myślał, że będzie tym pierwszym szczęśliwie lądującym. Spojrzałam jeszcze raz na linę. Chciałam poznać trajektorię lotu owego studenta. Zaniepokoił mnie fakt, że ta lina była niebezpiecznie blisko nas...Biorąc pod uwagę rozmiary chłopaka, któreś z nas mogło źle skończyć. Zaczepiłam Caluma by podzielić się z nim moimi obawami.
-Czy to przypadkiem nie jest niebezpieczne?
-Jest, o to w tym chodzi- odpowiedział najwyraźniej doskonale się bawiąc.
-Nie wjedzie w nas?
-Haha, skąd? Jestem pewny, że lina się wygnie i Josh wjedzie w okno. Nie mogę tego przegapić.
Calum, Luke, Michael, Ashton i nawet Zoey wyciągnęli swoje telefony i włączyli funkcję kamery. Postanowiłam zrobić to samo. Nie chcę ujść za dziwaka.
Wszyscy zaczęli odliczać.
-3, 2, 1...
I ruszył.
Na początku zjeżdżał powoli, ale Calum miał rację. Pod jego ciężarem lina niebezpiecznie się obniżyła co jednocześnie spowodowało przyspieszenie zjazdu Josha. Przez kamerę w telefonie widziałam, że jest on niebezpiecznie blisko nas. Zapewne to kamera tak wszystko przybliżyła, bo gdyby naprawdę był tak blisko to któreś z nas...
-Jaimie!-usłyszałam jak ktoś woła moje imię...i tyle, bo zaryłam głową o podłogę.
*********
-Jaimie! Wszystko okej?-ujrzałam nad sobą twarze wielu osób. Jedynymi, które rozpoznałam była Zoey oraz chłopcy. Chciałam kiwnąć twierdząco jednak sparaliżował mnie ból w dolnej części czaszki. Złapałam się za to miejsce ręką i poczułam tam jakąś ciecz...Spojrzałam na dłoń. Krew. Kilka osób pochylających się nade mną skrzywiło się z obrzydzenia i odeszło kilka kroków dalej dając mi tym samym możliwość swobodnego oddychania.
-Cholera...-zaklął Luke.
-Chyba bez szpitala się nie obejdzie- odezwał się Calum.
-Dajcie spokój! Ashton studiuje medycynę, on to załatwi- wpadł na genialny pomysł Michael, a ja przeraziłam się w duchu. Nie miałam jednak tyle sił by zaprzeczyć więc czekałam aż zrobi to kroś inny, na przykład Zoey. To moja przyjaciółka więc na pewno zatroszczy się o moje bezpieczeństwo i o to by zajął się mną lekarz.
-Dobra- zgodziła się- Świetny pomysł. Trzeba znaleźć apteczkę...
-CO? Ja dopiero zaczynam te studia...-jedyną osobą, która sprzeciwiła się temu pomysłowi był Ashton i chwała mu za to, a z Zoey później się policzę. Między nimi wybuchła dyskusja, a słowa rozpływały się w mojej głowie więc nawet nie wiedziałam o co się kłócą. Domyślałam się, że chodzi o mnie i o to co ze mną zrobić. No nic, najwyższy czas wziąć sprawy we własne ręce. Z lekkim trudem podniosłam się do pozycji siedzącej.
-Wszystko okej- zapewniłam- zadzwonię po taksówkę i podjadę do szpitala, a wy się nie przejmujcie- zaczęłam powoli wstawać, ale źle się poczułam więc wróciłam do pozycji wyjściowej. Dopiero Calum złapał mnie i pomógł wstać.
-Ja cię zawiozę- zaproponował.
-Jesteś pijany, zostaw mnie- odrzuciła jego pomoc.
-Cóż, wydaje mi się, że nie masz zbyt wielkiego wyboru Jaimie- uśmiechnęła się moja była już przyjaciółka- W razie jakichś problemów, Calum, mogę pomóc ci ją zakneblować.
/ Zoey Burton /
Minął jakiś kwadrans odkąd Jaimie i Calum opuścili imprezę. Że też ona zawsze musi coś wywinąć...No ale dzisiaj przeszła samą siebie! Gdy tak leżała nieruchomo na podłodze myślałam, że będę musiała kupić jakąś czarną sukienkę...
Gdy emocje trochę opadły wszyscy wrócili do zabawy. Ja i Luke również. Przy piłkarzykach byliśmy jednak tylko we dwójkę ponieważ była już ta godzina, że większość osób wolała się poważne napić natomiast Michael i Ashton pomagali otrząsnąć się Joshowi, który prawie do tej pory myślał, że spowodował śmierć rówieśniczki. Jaimie się zdziwi jak bardzo stała się popularna...Hehe. Ja i Luke kontynuowaliśmy grę tylko ze względu na zakład. Nie mogłam się skupić na grze więc niestety musiałam patrzeć jak Luke strzela mi gola za golem.
-HAHA wygrałem! Wiesz co to oznacza?- uśmiechnął się.
-No- odparłam wkurzona. Moja przyjaciółka jest w szpitalu, a ten mi gada o tym, że mam zwracać się do niego z jakimś głupim tytułem...I pomyśleć, że jeszcze parę chwil temu mi się podobał. Zawsze mam słabość do takich narcystycznych drani- Mógłbyś odpuścić- zagaiłam- Co jeżeli z Jaimie jest coś poważnego? Nie mogłam się przez to skupić.
-Dobra, dobra. Nie wykręcaj się. Zakład to zakład.
Nie zdążyłam nic odpowiedzieć bo Luke na chwilę odszedł. Przez ramię rzucił coś od odwiedzeniu swojego tronu...
Czekając na niego postanowiłam zadzwonić do Jaimie, do której oczywiście trudniej się dodzwonić niż do prezydenta. Zdenerwowana wsunęłam telefon z powrotem do kieszeni i w tym samym momencie wrócił Luke wymachując swoim telefonem.
-Właśnie rozmawiałem z Calumem- uśmiechnął się- Założyli jej kilka szwów i już wracają. Powiedział też, że Jaimie jest głodna więc wstąpią gdzieś do McDonalda.
-Ech..no tak. Jaimie zawsze wykorzysta sytuację by zjeść trochę frytek.
-Że co?
-A, nic, nic- machnęłam ręką, urywając myśl o największej miłości w życiu Jaimie- frytkach.
-To oznacza, że od teraz przez cały tydzień mówisz do mnie O najwspanialszy.
-Okej, nie ma problemu. Najwyżej będę cię unikać i jakoś zleci.
-Nie nie bardzo ci na to pozwolę. Mam zamiar jutro zabrać cię w pewne miejsce.
-Haha, nie.
-Ekhem...
-Co..?
-No..
-Haha, nie, o najwspanialszy- skrzywiłam się gdy tylko skończyłam mówić. To musi wyglądać naprawdę żałośnie...Ale zaraz...Czy Luke właśnie zaprosił mnie na randkę?
sobota, 28 maja 2016
Rozdział 1
/ Jaimie Warren /
Wreszcie udało mi się umieścić wszystkie walizki w bagażniku, choć kosztowało mnie to dużo energii. Nigdy nie byłam wyjątkowo silna ani wysportowana dlatego nawet odkręcenie słoika niekiedy sprawiało mi problemy.
-Musisz sobie znaleźć chłopaka- uśmiechnęła się moja przyjaciółka, która już wygodnie usadowiła się na przednim siedzeniu -Wtedy będzie cię wyręczał w takich sprawach.
Zamknęłam z hukiem bagażnik i z naburmuszoną minią podeszłam do drzwi koło, których siedziała.
-Czemu ty masz siedzieć z przodu?
-Bo włożenie walizek do bagażnika zajęło mi mniej czasu?
-Ogarnijcie się już, nie mam całego dnia.
Spojrzałyśmy na mojego sąsiada, który miał nas zawieść do stolicy. Był w naszym wieku jednak nie wybierał się na studia. Miał w planach coś innego i nie do końca wiedziałam czy to coś legalnego...W każdym razie po wielu godzinach błagań, próśb, a nawet prób przekupstwa zgodził się nas podrzucić. Jako, że ani ja ani Zoey nie miałyśmy jeszcze samochodu ani nawet prawka to byłyśmy od niego uzależnione.
-To Jaimie ma jakiś problem, ja jestem grzeczna- niewinnie uśmiechnęła się ciemnowłosa. Westchnęłam ze zrezygnowaniem.
-Wy to potraficie zepsuć mi nawet najpiękniejszy dzień mojego życia- siadłam na tylnym siedzeniu od strony Zoey.
-Haha, ślub też ci zepsujemy. Możesz być spokojna- odwróciła się do mnie.
-Jaki ślub? Myślisz, że ktoś ją zechce?-zapytał zdenerwowany Peter odpalając samochód.
Całą drogę spędziliśmy na podobnym przekomarzaniu się. Znałam Petera od dziecka, bo był moim sąsiadem więc łączyły nas relacje: siostra-brat. Zoey poznałam w szkole średniej. Miałyśmy razem angielski oraz geografię. Niby tylko dwa przedmioty wspólne, ale gdy się chodzi do klasy z rozszerzonym angielskim to wcale tego czasu nie jest tak mało.
Znudziło mi się to ciągłe słuchanie moich wad, bo tamta dwójka gadała tylko o tym. Postanowiłam więc ich razem popodziwiać. Gdy tylko Zoey odwiedziła mnie w moim domu od razu postanowiłam zapoznać tę dwójkę ze sobą. Liczyłam, że coś między nimi zaiskrzy, ale...przeliczyłam się. Peter był hipisem, a jako, że nie było to dość popularne w tych czasach to często uchodził za dziwaka. Dobra i uczynna Zoey Burton przypominała mu o tym przy każdym spotkaniu. Po chwili czarnowłosa spostrzegła, że się im ukradkiem przyglądam i posłała mi pełne nienawiści spojrzenie. Uśmiechnęłam się, bo strasznie mnie bawiła jej otoczka "nienawidzę was wszystkich".
Po trzech godzinach drogi byliśmy w Melbourne.
-To teraz szukamy waszego Uniwersytetu?-upewnił się Peter gdy już znaleźliśmy się w środku miasta.
-Zgadza się, ee..- Zoey zaczęła jeszcze namiętniej przyglądać się mapie, którą trzymała na kolanach od jakichś trzydziestu minut-Teraz musisz skręcić w prawo i potem...ee- przekręciła mapę- w lewo. Chyba. Ej, Jaimie- odwróciła się do mnie-Uniwersytet jest tutaj no nie?- zapytała wskazując jakiś punkt na mapie. Nie miałam bladego pojęcia więc kiwnęłam głową.
-Czemu nie zamieniłaś się ze mną jak byliśmy na postoju?-zmieniłam nagle temat.
-O czym ty mówisz?
-Też chciałam siedzieć z przodu.
-Ale nie siedzisz z przodu, bo to miejsce dla kogoś kto potrafi posługiwać się mapą. Gdybyś ty ją dostała w ręce to pewnie wylądowalibyśmy w Nowej Zelandii.
-Ha, ha.
-Jak myślicie, dostanę tu gdzieś trawkę?- wypalił nagle Peter. Szczerze mówiąc to pytanie wcale mnie nie zdziwiło.
-Na pewno- odpowiedziałam- Widzisz ten park? Tam jest mnóstwo trawy- wskazałam na ładnie wyglądające miejsce, które było właśnie przepełnione ludźmi, ale mimo to wcale nie było tłoczno. Spodobało mi się to więc bacznie obserwowałam ów miejsce by zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Miałam w planach kiedyś ten park odwiedzić.
-W sumie to jest dobry pomysł- odezwała się Zoey. Spojrzałam na nią pytająco. Nie wiedziała czy mówi o trawie, o której wspomniał Peter czy może czyta mi w myślach i również ma ochotę na niedługi spacer.
-Ja mam same dobre pomysły- wtrącił Peter, który jak widać nie miał podobnych wątpliwości.
-Nie o tym mówię-prychnęła pogardliwie ciemnowłosa-Mam na myśli, że każdy z nas jest zmęczony drogą więc moglibyśmy zatrzymać się w jakiejś knajpce i coś zjeść.
-Ten pomysł nie jest tak dobry jak mój, ale może być- podsumował Peter patrząc w boczne lusterko.
-No okej. Ale pojedźmy gdzieś gdzie są frytki- postawiłam swój stały warunek. Jeżeli jeść na mieście to w miejscu gdzie będą frytki.
-Proszę cię, już łatwiej byłoby ubrał Petera w garnitur niż zmusić cię żebyś zjadła coś innego niż te żółte kartofle- Zoey spojrzała na mnie z uśmiechem.
Kilka minut później znaleźliśmy ładnie wyglądającą restaurację. Dlaczego ją wybraliśmy? Otóż była najbliżej i już na ścianie widniał duży napis "Dwie porcje frytek w cenie jednej". Peter zaparkował swój samochód i poszliśmy zająć jakiś stolik. W środku nie było zbytnio tłoczno, ale wszyscy goście mieli na stolikach frytki. Widocznie reklama zadziałała. Zajęłam miejsce obok Zoey i naprzeciwko Petera. Spostrzegłam nagle, że nie wzięłam ze sobą torebki.
-Cholera- zaklęłam cicho.
-Co się stało?-zainteresowała się Zoey.
-Zostawiłam torebkę w samochodzie...
-Gapa...I co? Teraz pewnie muszę ci dać klucze?
Peter rzucił je w moją stronę i na całe szczęście udało mi się je złapać. W przeciwnym wypadku już pierwszego dnia w Melbourne najadłabym się wstydu, a póki co chciałam tego uniknąć. Wyszłam z restauracji kierując się w stronę parkingu. Bez problemu zlokalizowałam samochód. Z uśmiechem podeszłam do drzwi wyobrażając sobie, że jestem jego właścicielką jednak...klucze nie pasowały. Spojrzałam na nie gniewnie i spróbowałam jeszcze raz jednak i tym razem nic.
-Czy właśnie próbujesz mi się włamać do samochodu?- usłyszałam za sobą jakiś głos. Gwałtownie i z przerażeniem się odwróciłam. Przede mną stał wysoki chłopak o ciemnej karnacji i ciemnych włosach. Był uśmiechnięty od ucha do ucha jakby widział jakiś kabaret.
-Um...słucham?
Wskazał głową na samochód, który właśnie próbowałam otworzyć.
-Podejrzewam, że twój samochód stoi tam- wskazał dwa miejsca parkingowe dalej, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Miałam wrażenie, że z trudem powstrzymuje śmiech.
Gdy zobaczyłam wszystkie ozdóbki jakie Peter umieścił na swoim samochodzie zdałam sobie sprawę z tego co się stało. Prawdopodobnie moja twarz niczym nie różniła się od dojrzałego pomidora.
-Ja...p..przepraszam. Nie wiem jak mogłam się tak pomylić- zaczęłam nerwowo gestykulować dłońmi. Dziękowałam, że Zoey i Petera nie mu tu teraz, bo później nie daliby mi żyć.
-Hahaha, nic się nie stało. Szczerze mówiąc nieźle się bawiłem patrząc jak się wściekasz, bo nie możesz otworzyć drzwi.
-Mogłeś mi zwrócić uwagę, a teraz się ośmieszyłam-zaczęłam się żalić.
-Hej, przecież zwróciłem... Tylko trochę później. No ale do kogo masz pretensje?-zapytał śmiejąc się. Plusem było to, że nie był wściekły, a wręcz przeciwnie, ta sprawa bardzo go bawiła. Trochę mnie to uspokajało, ale i tak byłam zła na siebie za takie gapiostwo.
-Przepraszam...
-Nic się nie stało. W porę zareagowałem, bo jeszcze chwila i zaczęłabyś wybijać okna.
Zaśmiałam się, ale cóż, tak pewnie bmiejsca
-Jeszcze raz przepraszam i... Idę już do właściwego samochodu- uśmiechnęłam się. Jedyną rzeczą jaka mnie podtrzymywała na duchu było to, że prawdopodobnie nigdy więcej go nie spotkam.
W końcu Peter dowiózł nas do docelowego miejsca. Pożegnałyśmy się z nim i wkroczyłyśmy w dorosłe życie....
/ Zoey Burton /
Leżałam na łóżku i przeglądałam zaproszenia do różnych wydarzeń na facebooku. Większość z nich to jakieś nudne, randomowe eventy, ale jedno z nich bardzo mnie zaciekawiło. "Impreza powitalna dla nowych studentów". Kilka sekund zajęło mi podjęcie decyzji- Ja i Jaimie musimy tam iść!
-Hej, Jai, masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór?- oczywiście wiedziałam, że żadnych nie ma, ale jakoś musiałam zacząć rozmowę.
-Tak- odpowiedziała nawet na mnie nie spoglądając tylko dalej wieszała ubrania w szafie. Ja zrobiłam to od razu po przybyciu więc aktualnie miałam wolne.
-Niby jakie?- zapytałam niedowierzająco.
-No, właśnie czekam aż mi powiesz. Na pewno coś już wymyśliłaś- uśmiechnęła się.
-Oczywiście!-zeskoczyłam z łóżka i pokazałam jej telefon, na któryś wyświetlona była strona wydarzenia. Niestety Jaimie tylko pokręciła głową.
-Impreza? Przecież nikogo tu nie znamy.
-No właśnie! Impreza powitalna dla nowych studentów! Większość nikogo nie będzie znała. No weź chodź!
-Nie mam się w co ubrać- zaczęła wymyślać nowe wymówki. Znałam to i wiedziałam, że nie wróżyło to nic dobrego. Zawsze gdy Jaimie wymyślała wymówkę za wymówką ostatecznie nigdzie nie szła. W każdym razie nie mogłam teraz na to pozwolić. Wyciągnęłam z jej walizki ładną zieloną sukienkę, którą miała założyć na swoje urodziny, ale niestety zachorowała więc nic z tego nie wyszło i pomachałam nią przed jej twarzą.
-Co robisz?- wyrwała ubranie z mojej ręki.
-Po coś ją tu wzięłaś, nie? Dzisiaj jest idealna okazja. Może spotkasz miłość swojego życia na tej imprezie? Albo jeszcze lepiej, JA spotkam!
-Haha, dobra. Niech ci będzie.
-Jeej. Mamy dwie godziny więc lepiej zacznijmy się szykować- zaproponowałam ucieszona.
******
Impreza powitalna odbywała się w budynku bractwa studenckiego. Jaimie miała jeszcze wątpliwości gdy stałyśmy przed drzwiami i miałyśmy zadzwonić dzwonkiem, ale rozwiały je osoby, które właśnie wychodziły.
-Oo, jeszcze więcej gości!- uśmiechnęła się wysoka brązowowłosa dziewczyna z dokładnie zrobionym makijażem twarzy. Wyglądała ładnie. Obok niej stała nieco niższa blondynka równie ładnie umalowana.
-Na co czekacie? Wchodźcie!
Minęłyśmy się z nimi w drzwiach, bo dziewczyny najwyraźniej gdzieś wychodziły. Zastanawiałam się przez chwile czy one były organizatorkami czy po prostu gośćmi.
-To, co teraz?-zapytała Jaimie rozglądając się dookoła.
-Dobre pytanie. Trzeba się gdzieś wpasować. O, może tam?- wskazałam na grupkę studentów grającą w piłkarzyki. Jaimie skinęła głową więc podeszłyśmy do nich.
-Kto wygrywa?-zapytałam moim przyszłych nowych przyjaciół.
-Luke!- odpowiedziała jakaś dziewczyna z piskliwym głosem.
-Ale Ashton zaraz go dogoni- uśmiechnął się fioletowowłosy chłopak.
-A, Ashton i Luke to...?
-No ci co grają- uśmiechnął się, ale to nie była poprawna odpowiedź na moje pytanie.
-No tyle to wiem, ale który to który- zaśmiałam się.
-Luke to ten blondasek, przywitaj się.
-Siema- uśmiechnął się, ale zacięta gra nie pozwoliła mu na nas spojrzeć. Mimo to uniósł dłoń na kilka milimetrów próbując nam pomachać. Doceniłam to poświęcenie, bo kosztowało go golem samobójczym.
-Cholera!- zaklął głośno.
-Hahaha, remis, łajzo- zaśmiał się drugi zawodnik, jak się domyśliłam- Ashton.
-A ten drugi to Ashton- wyjaśnił mi dokładnie nowy kolega.
-O wow, dzięki- pokręciłam ironicznie głową, ale fioletowowłosy nawet tego nie zauważył.
Nagle między mnie a Jaimie wcisnął się ciemnowłosy chłopak z dwoma kubkami piwa w rękach.
-Jak tam Michael, widzę, że już kogoś wyrwałeś.
-Haha, niee to jest...-urwał, bo prawdopodobnie przypomniał sobie, że jeszcze oficjalnie się nie zapoznaliśmy. Wyciągnął swoja dłoń- Michael.
-Zoey, a to Jaimie- wskazałam na przyjaciółkę, która do tej pory w ogóle się nie odzywała.
-Calum, ale my się chyba znamy-wskazał na brązowowłosą co wywołało moje olbrzymie zdziwienie. Spojrzałam na Jaimie żądając wyjaśnień.
-Tak...-odparła niemrawo.
-Znalazłaś ten samochód?- zapytał Calum, a ja dalej nie wiedziałam o co chodzi.
-Tak, przepraszam jeszcze raz, ale wstyd- Jaimie dotknęła palcami swojego czoła jak to miała w zwyczaju robić gdy było jej głupio. CO TU SIĘ STAŁO DO CHOLERY I CZEMU JA NIC O TYM NIE WIEM. Właśnie takie pytanie miałam wielką ochotę zadać, ale oczywiście nie zrobiłam tego.
-Co tu się stało i czemu ja nic o tym nie wiem?- dobra, zrobiłam to.
-Już wyjaśniam- odpowiedział Calum szybko przełykając piwo, które miał w ustach.
-Haha, nie, nie musisz!- zaczęła machać rękami przed jego twarzą Jaimie.
-Hahahah, ale daj spokój. To było zabawne. I wcale się nie gniewam za to. Taka akcja rzadko kiedy się zdarza.
-Ale nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Niech to zostanie między nami- zaproponowała ciemnowłosa.
-Nasz wspólny sekret...no niech będzie- uśmiechnął się również ciemnowłosy.
Stałam tak z założonymi rękami obrzucając ich najbardziej nienawistnym spojrzeniem na jakie było mnie stać.
-TAK! WYGRAŁEM, YEAH!-Wrzasnął Luke gdy skończył grę w piłkarzyki z pozytywnym wynikiem- Teraz Irwin, stawiasz mi piwo- uśmiechnął się i podszedł do mnie, Jaimie, Michaela i Caluma- A tu co się dzieje?-zapytał. Mogłam teraz w całej okazałości podziwiać jego zabójczo przystojną twarz. Hej, Jaimie pamiętasz jak mówiłam o spotkaniu miłości swojego życia? Ja właśnie ją spotkałam.
-To ta dziewczyna, o której ci mówiłem- wskazał na Jaimie Calum.
-Co? Jak to?- oburzyła się ciemnowłosa.
-Aa, miło mi, jestem Luke. Cieszę się, że nie włamałaś się do naszego samochodu gdyż mogłabyś odkryć rzeczy, które spowodowałyby trwały uszczerbek na twym zdrowiu.
-Haha...to był przypadek. Jestem Jaimie.
Powoli zaczynałam rozumieć o co w tym wszystkich chodzi.
Wreszcie udało mi się umieścić wszystkie walizki w bagażniku, choć kosztowało mnie to dużo energii. Nigdy nie byłam wyjątkowo silna ani wysportowana dlatego nawet odkręcenie słoika niekiedy sprawiało mi problemy.
-Musisz sobie znaleźć chłopaka- uśmiechnęła się moja przyjaciółka, która już wygodnie usadowiła się na przednim siedzeniu -Wtedy będzie cię wyręczał w takich sprawach.
Zamknęłam z hukiem bagażnik i z naburmuszoną minią podeszłam do drzwi koło, których siedziała.
-Czemu ty masz siedzieć z przodu?
-Bo włożenie walizek do bagażnika zajęło mi mniej czasu?
-Ogarnijcie się już, nie mam całego dnia.
Spojrzałyśmy na mojego sąsiada, który miał nas zawieść do stolicy. Był w naszym wieku jednak nie wybierał się na studia. Miał w planach coś innego i nie do końca wiedziałam czy to coś legalnego...W każdym razie po wielu godzinach błagań, próśb, a nawet prób przekupstwa zgodził się nas podrzucić. Jako, że ani ja ani Zoey nie miałyśmy jeszcze samochodu ani nawet prawka to byłyśmy od niego uzależnione.
-To Jaimie ma jakiś problem, ja jestem grzeczna- niewinnie uśmiechnęła się ciemnowłosa. Westchnęłam ze zrezygnowaniem.
-Wy to potraficie zepsuć mi nawet najpiękniejszy dzień mojego życia- siadłam na tylnym siedzeniu od strony Zoey.
-Haha, ślub też ci zepsujemy. Możesz być spokojna- odwróciła się do mnie.
-Jaki ślub? Myślisz, że ktoś ją zechce?-zapytał zdenerwowany Peter odpalając samochód.
Całą drogę spędziliśmy na podobnym przekomarzaniu się. Znałam Petera od dziecka, bo był moim sąsiadem więc łączyły nas relacje: siostra-brat. Zoey poznałam w szkole średniej. Miałyśmy razem angielski oraz geografię. Niby tylko dwa przedmioty wspólne, ale gdy się chodzi do klasy z rozszerzonym angielskim to wcale tego czasu nie jest tak mało.
Znudziło mi się to ciągłe słuchanie moich wad, bo tamta dwójka gadała tylko o tym. Postanowiłam więc ich razem popodziwiać. Gdy tylko Zoey odwiedziła mnie w moim domu od razu postanowiłam zapoznać tę dwójkę ze sobą. Liczyłam, że coś między nimi zaiskrzy, ale...przeliczyłam się. Peter był hipisem, a jako, że nie było to dość popularne w tych czasach to często uchodził za dziwaka. Dobra i uczynna Zoey Burton przypominała mu o tym przy każdym spotkaniu. Po chwili czarnowłosa spostrzegła, że się im ukradkiem przyglądam i posłała mi pełne nienawiści spojrzenie. Uśmiechnęłam się, bo strasznie mnie bawiła jej otoczka "nienawidzę was wszystkich".
Po trzech godzinach drogi byliśmy w Melbourne.
-To teraz szukamy waszego Uniwersytetu?-upewnił się Peter gdy już znaleźliśmy się w środku miasta.
-Zgadza się, ee..- Zoey zaczęła jeszcze namiętniej przyglądać się mapie, którą trzymała na kolanach od jakichś trzydziestu minut-Teraz musisz skręcić w prawo i potem...ee- przekręciła mapę- w lewo. Chyba. Ej, Jaimie- odwróciła się do mnie-Uniwersytet jest tutaj no nie?- zapytała wskazując jakiś punkt na mapie. Nie miałam bladego pojęcia więc kiwnęłam głową.
-Czemu nie zamieniłaś się ze mną jak byliśmy na postoju?-zmieniłam nagle temat.
-O czym ty mówisz?
-Też chciałam siedzieć z przodu.
-Ale nie siedzisz z przodu, bo to miejsce dla kogoś kto potrafi posługiwać się mapą. Gdybyś ty ją dostała w ręce to pewnie wylądowalibyśmy w Nowej Zelandii.
-Ha, ha.
-Jak myślicie, dostanę tu gdzieś trawkę?- wypalił nagle Peter. Szczerze mówiąc to pytanie wcale mnie nie zdziwiło.
-Na pewno- odpowiedziałam- Widzisz ten park? Tam jest mnóstwo trawy- wskazałam na ładnie wyglądające miejsce, które było właśnie przepełnione ludźmi, ale mimo to wcale nie było tłoczno. Spodobało mi się to więc bacznie obserwowałam ów miejsce by zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Miałam w planach kiedyś ten park odwiedzić.
-W sumie to jest dobry pomysł- odezwała się Zoey. Spojrzałam na nią pytająco. Nie wiedziała czy mówi o trawie, o której wspomniał Peter czy może czyta mi w myślach i również ma ochotę na niedługi spacer.
-Ja mam same dobre pomysły- wtrącił Peter, który jak widać nie miał podobnych wątpliwości.
-Nie o tym mówię-prychnęła pogardliwie ciemnowłosa-Mam na myśli, że każdy z nas jest zmęczony drogą więc moglibyśmy zatrzymać się w jakiejś knajpce i coś zjeść.
-Ten pomysł nie jest tak dobry jak mój, ale może być- podsumował Peter patrząc w boczne lusterko.
-No okej. Ale pojedźmy gdzieś gdzie są frytki- postawiłam swój stały warunek. Jeżeli jeść na mieście to w miejscu gdzie będą frytki.
-Proszę cię, już łatwiej byłoby ubrał Petera w garnitur niż zmusić cię żebyś zjadła coś innego niż te żółte kartofle- Zoey spojrzała na mnie z uśmiechem.
Kilka minut później znaleźliśmy ładnie wyglądającą restaurację. Dlaczego ją wybraliśmy? Otóż była najbliżej i już na ścianie widniał duży napis "Dwie porcje frytek w cenie jednej". Peter zaparkował swój samochód i poszliśmy zająć jakiś stolik. W środku nie było zbytnio tłoczno, ale wszyscy goście mieli na stolikach frytki. Widocznie reklama zadziałała. Zajęłam miejsce obok Zoey i naprzeciwko Petera. Spostrzegłam nagle, że nie wzięłam ze sobą torebki.
-Cholera- zaklęłam cicho.
-Co się stało?-zainteresowała się Zoey.
-Zostawiłam torebkę w samochodzie...
-Gapa...I co? Teraz pewnie muszę ci dać klucze?
Peter rzucił je w moją stronę i na całe szczęście udało mi się je złapać. W przeciwnym wypadku już pierwszego dnia w Melbourne najadłabym się wstydu, a póki co chciałam tego uniknąć. Wyszłam z restauracji kierując się w stronę parkingu. Bez problemu zlokalizowałam samochód. Z uśmiechem podeszłam do drzwi wyobrażając sobie, że jestem jego właścicielką jednak...klucze nie pasowały. Spojrzałam na nie gniewnie i spróbowałam jeszcze raz jednak i tym razem nic.
-Czy właśnie próbujesz mi się włamać do samochodu?- usłyszałam za sobą jakiś głos. Gwałtownie i z przerażeniem się odwróciłam. Przede mną stał wysoki chłopak o ciemnej karnacji i ciemnych włosach. Był uśmiechnięty od ucha do ucha jakby widział jakiś kabaret.
-Um...słucham?
Wskazał głową na samochód, który właśnie próbowałam otworzyć.
-Podejrzewam, że twój samochód stoi tam- wskazał dwa miejsca parkingowe dalej, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Miałam wrażenie, że z trudem powstrzymuje śmiech.
Gdy zobaczyłam wszystkie ozdóbki jakie Peter umieścił na swoim samochodzie zdałam sobie sprawę z tego co się stało. Prawdopodobnie moja twarz niczym nie różniła się od dojrzałego pomidora.
-Ja...p..przepraszam. Nie wiem jak mogłam się tak pomylić- zaczęłam nerwowo gestykulować dłońmi. Dziękowałam, że Zoey i Petera nie mu tu teraz, bo później nie daliby mi żyć.
-Hahaha, nic się nie stało. Szczerze mówiąc nieźle się bawiłem patrząc jak się wściekasz, bo nie możesz otworzyć drzwi.
-Mogłeś mi zwrócić uwagę, a teraz się ośmieszyłam-zaczęłam się żalić.
-Hej, przecież zwróciłem... Tylko trochę później. No ale do kogo masz pretensje?-zapytał śmiejąc się. Plusem było to, że nie był wściekły, a wręcz przeciwnie, ta sprawa bardzo go bawiła. Trochę mnie to uspokajało, ale i tak byłam zła na siebie za takie gapiostwo.
-Przepraszam...
-Nic się nie stało. W porę zareagowałem, bo jeszcze chwila i zaczęłabyś wybijać okna.
Zaśmiałam się, ale cóż, tak pewnie bmiejsca
-Jeszcze raz przepraszam i... Idę już do właściwego samochodu- uśmiechnęłam się. Jedyną rzeczą jaka mnie podtrzymywała na duchu było to, że prawdopodobnie nigdy więcej go nie spotkam.
W końcu Peter dowiózł nas do docelowego miejsca. Pożegnałyśmy się z nim i wkroczyłyśmy w dorosłe życie....
/ Zoey Burton /
Leżałam na łóżku i przeglądałam zaproszenia do różnych wydarzeń na facebooku. Większość z nich to jakieś nudne, randomowe eventy, ale jedno z nich bardzo mnie zaciekawiło. "Impreza powitalna dla nowych studentów". Kilka sekund zajęło mi podjęcie decyzji- Ja i Jaimie musimy tam iść!
-Hej, Jai, masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór?- oczywiście wiedziałam, że żadnych nie ma, ale jakoś musiałam zacząć rozmowę.
-Tak- odpowiedziała nawet na mnie nie spoglądając tylko dalej wieszała ubrania w szafie. Ja zrobiłam to od razu po przybyciu więc aktualnie miałam wolne.
-Niby jakie?- zapytałam niedowierzająco.
-No, właśnie czekam aż mi powiesz. Na pewno coś już wymyśliłaś- uśmiechnęła się.
-Oczywiście!-zeskoczyłam z łóżka i pokazałam jej telefon, na któryś wyświetlona była strona wydarzenia. Niestety Jaimie tylko pokręciła głową.
-Impreza? Przecież nikogo tu nie znamy.
-No właśnie! Impreza powitalna dla nowych studentów! Większość nikogo nie będzie znała. No weź chodź!
-Nie mam się w co ubrać- zaczęła wymyślać nowe wymówki. Znałam to i wiedziałam, że nie wróżyło to nic dobrego. Zawsze gdy Jaimie wymyślała wymówkę za wymówką ostatecznie nigdzie nie szła. W każdym razie nie mogłam teraz na to pozwolić. Wyciągnęłam z jej walizki ładną zieloną sukienkę, którą miała założyć na swoje urodziny, ale niestety zachorowała więc nic z tego nie wyszło i pomachałam nią przed jej twarzą.
-Co robisz?- wyrwała ubranie z mojej ręki.
-Po coś ją tu wzięłaś, nie? Dzisiaj jest idealna okazja. Może spotkasz miłość swojego życia na tej imprezie? Albo jeszcze lepiej, JA spotkam!
-Haha, dobra. Niech ci będzie.
-Jeej. Mamy dwie godziny więc lepiej zacznijmy się szykować- zaproponowałam ucieszona.
******
Impreza powitalna odbywała się w budynku bractwa studenckiego. Jaimie miała jeszcze wątpliwości gdy stałyśmy przed drzwiami i miałyśmy zadzwonić dzwonkiem, ale rozwiały je osoby, które właśnie wychodziły.
-Oo, jeszcze więcej gości!- uśmiechnęła się wysoka brązowowłosa dziewczyna z dokładnie zrobionym makijażem twarzy. Wyglądała ładnie. Obok niej stała nieco niższa blondynka równie ładnie umalowana.
-Na co czekacie? Wchodźcie!
Minęłyśmy się z nimi w drzwiach, bo dziewczyny najwyraźniej gdzieś wychodziły. Zastanawiałam się przez chwile czy one były organizatorkami czy po prostu gośćmi.
-To, co teraz?-zapytała Jaimie rozglądając się dookoła.
-Dobre pytanie. Trzeba się gdzieś wpasować. O, może tam?- wskazałam na grupkę studentów grającą w piłkarzyki. Jaimie skinęła głową więc podeszłyśmy do nich.
-Kto wygrywa?-zapytałam moim przyszłych nowych przyjaciół.
-Luke!- odpowiedziała jakaś dziewczyna z piskliwym głosem.
-Ale Ashton zaraz go dogoni- uśmiechnął się fioletowowłosy chłopak.
-A, Ashton i Luke to...?
-No ci co grają- uśmiechnął się, ale to nie była poprawna odpowiedź na moje pytanie.
-No tyle to wiem, ale który to który- zaśmiałam się.
-Luke to ten blondasek, przywitaj się.
-Siema- uśmiechnął się, ale zacięta gra nie pozwoliła mu na nas spojrzeć. Mimo to uniósł dłoń na kilka milimetrów próbując nam pomachać. Doceniłam to poświęcenie, bo kosztowało go golem samobójczym.
-Cholera!- zaklął głośno.
-Hahaha, remis, łajzo- zaśmiał się drugi zawodnik, jak się domyśliłam- Ashton.
-A ten drugi to Ashton- wyjaśnił mi dokładnie nowy kolega.
-O wow, dzięki- pokręciłam ironicznie głową, ale fioletowowłosy nawet tego nie zauważył.
Nagle między mnie a Jaimie wcisnął się ciemnowłosy chłopak z dwoma kubkami piwa w rękach.
-Jak tam Michael, widzę, że już kogoś wyrwałeś.
-Haha, niee to jest...-urwał, bo prawdopodobnie przypomniał sobie, że jeszcze oficjalnie się nie zapoznaliśmy. Wyciągnął swoja dłoń- Michael.
-Zoey, a to Jaimie- wskazałam na przyjaciółkę, która do tej pory w ogóle się nie odzywała.
-Calum, ale my się chyba znamy-wskazał na brązowowłosą co wywołało moje olbrzymie zdziwienie. Spojrzałam na Jaimie żądając wyjaśnień.
-Tak...-odparła niemrawo.
-Znalazłaś ten samochód?- zapytał Calum, a ja dalej nie wiedziałam o co chodzi.
-Tak, przepraszam jeszcze raz, ale wstyd- Jaimie dotknęła palcami swojego czoła jak to miała w zwyczaju robić gdy było jej głupio. CO TU SIĘ STAŁO DO CHOLERY I CZEMU JA NIC O TYM NIE WIEM. Właśnie takie pytanie miałam wielką ochotę zadać, ale oczywiście nie zrobiłam tego.
-Co tu się stało i czemu ja nic o tym nie wiem?- dobra, zrobiłam to.
-Już wyjaśniam- odpowiedział Calum szybko przełykając piwo, które miał w ustach.
-Haha, nie, nie musisz!- zaczęła machać rękami przed jego twarzą Jaimie.
-Hahahah, ale daj spokój. To było zabawne. I wcale się nie gniewam za to. Taka akcja rzadko kiedy się zdarza.
-Ale nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Niech to zostanie między nami- zaproponowała ciemnowłosa.
-Nasz wspólny sekret...no niech będzie- uśmiechnął się również ciemnowłosy.
Stałam tak z założonymi rękami obrzucając ich najbardziej nienawistnym spojrzeniem na jakie było mnie stać.
-TAK! WYGRAŁEM, YEAH!-Wrzasnął Luke gdy skończył grę w piłkarzyki z pozytywnym wynikiem- Teraz Irwin, stawiasz mi piwo- uśmiechnął się i podszedł do mnie, Jaimie, Michaela i Caluma- A tu co się dzieje?-zapytał. Mogłam teraz w całej okazałości podziwiać jego zabójczo przystojną twarz. Hej, Jaimie pamiętasz jak mówiłam o spotkaniu miłości swojego życia? Ja właśnie ją spotkałam.
-To ta dziewczyna, o której ci mówiłem- wskazał na Jaimie Calum.
-Co? Jak to?- oburzyła się ciemnowłosa.
-Aa, miło mi, jestem Luke. Cieszę się, że nie włamałaś się do naszego samochodu gdyż mogłabyś odkryć rzeczy, które spowodowałyby trwały uszczerbek na twym zdrowiu.
-Haha...to był przypadek. Jestem Jaimie.
Powoli zaczynałam rozumieć o co w tym wszystkich chodzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)