/ Jaimie Warren /
Wreszcie udało mi się umieścić wszystkie walizki w bagażniku, choć kosztowało mnie to dużo energii. Nigdy nie byłam wyjątkowo silna ani wysportowana dlatego nawet odkręcenie słoika niekiedy sprawiało mi problemy.
-Musisz sobie znaleźć chłopaka- uśmiechnęła się moja przyjaciółka, która już wygodnie usadowiła się na przednim siedzeniu -Wtedy będzie cię wyręczał w takich sprawach.
Zamknęłam z hukiem bagażnik i z naburmuszoną minią podeszłam do drzwi koło, których siedziała.
-Czemu ty masz siedzieć z przodu?
-Bo włożenie walizek do bagażnika zajęło mi mniej czasu?
-Ogarnijcie się już, nie mam całego dnia.
Spojrzałyśmy na mojego sąsiada, który miał nas zawieść do stolicy. Był w naszym wieku jednak nie wybierał się na studia. Miał w planach coś innego i nie do końca wiedziałam czy to coś legalnego...W każdym razie po wielu godzinach błagań, próśb, a nawet prób przekupstwa zgodził się nas podrzucić. Jako, że ani ja ani Zoey nie miałyśmy jeszcze samochodu ani nawet prawka to byłyśmy od niego uzależnione.
-To Jaimie ma jakiś problem, ja jestem grzeczna- niewinnie uśmiechnęła się ciemnowłosa. Westchnęłam ze zrezygnowaniem.
-Wy to potraficie zepsuć mi nawet najpiękniejszy dzień mojego życia- siadłam na tylnym siedzeniu od strony Zoey.
-Haha, ślub też ci zepsujemy. Możesz być spokojna- odwróciła się do mnie.
-Jaki ślub? Myślisz, że ktoś ją zechce?-zapytał zdenerwowany Peter odpalając samochód.
Całą drogę spędziliśmy na podobnym przekomarzaniu się. Znałam Petera od dziecka, bo był moim sąsiadem więc łączyły nas relacje: siostra-brat. Zoey poznałam w szkole średniej. Miałyśmy razem angielski oraz geografię. Niby tylko dwa przedmioty wspólne, ale gdy się chodzi do klasy z rozszerzonym angielskim to wcale tego czasu nie jest tak mało.
Znudziło mi się to ciągłe słuchanie moich wad, bo tamta dwójka gadała tylko o tym. Postanowiłam więc ich razem popodziwiać. Gdy tylko Zoey odwiedziła mnie w moim domu od razu postanowiłam zapoznać tę dwójkę ze sobą. Liczyłam, że coś między nimi zaiskrzy, ale...przeliczyłam się. Peter był hipisem, a jako, że nie było to dość popularne w tych czasach to często uchodził za dziwaka. Dobra i uczynna Zoey Burton przypominała mu o tym przy każdym spotkaniu. Po chwili czarnowłosa spostrzegła, że się im ukradkiem przyglądam i posłała mi pełne nienawiści spojrzenie. Uśmiechnęłam się, bo strasznie mnie bawiła jej otoczka "nienawidzę was wszystkich".
Po trzech godzinach drogi byliśmy w Melbourne.
-To teraz szukamy waszego Uniwersytetu?-upewnił się Peter gdy już znaleźliśmy się w środku miasta.
-Zgadza się, ee..- Zoey zaczęła jeszcze namiętniej przyglądać się mapie, którą trzymała na kolanach od jakichś trzydziestu minut-Teraz musisz skręcić w prawo i potem...ee- przekręciła mapę- w lewo. Chyba. Ej, Jaimie- odwróciła się do mnie-Uniwersytet jest tutaj no nie?- zapytała wskazując jakiś punkt na mapie. Nie miałam bladego pojęcia więc kiwnęłam głową.
-Czemu nie zamieniłaś się ze mną jak byliśmy na postoju?-zmieniłam nagle temat.
-O czym ty mówisz?
-Też chciałam siedzieć z przodu.
-Ale nie siedzisz z przodu, bo to miejsce dla kogoś kto potrafi posługiwać się mapą. Gdybyś ty ją dostała w ręce to pewnie wylądowalibyśmy w Nowej Zelandii.
-Ha, ha.
-Jak myślicie, dostanę tu gdzieś trawkę?- wypalił nagle Peter. Szczerze mówiąc to pytanie wcale mnie nie zdziwiło.
-Na pewno- odpowiedziałam- Widzisz ten park? Tam jest mnóstwo trawy- wskazałam na ładnie wyglądające miejsce, które było właśnie przepełnione ludźmi, ale mimo to wcale nie było tłoczno. Spodobało mi się to więc bacznie obserwowałam ów miejsce by zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Miałam w planach kiedyś ten park odwiedzić.
-W sumie to jest dobry pomysł- odezwała się Zoey. Spojrzałam na nią pytająco. Nie wiedziała czy mówi o trawie, o której wspomniał Peter czy może czyta mi w myślach i również ma ochotę na niedługi spacer.
-Ja mam same dobre pomysły- wtrącił Peter, który jak widać nie miał podobnych wątpliwości.
-Nie o tym mówię-prychnęła pogardliwie ciemnowłosa-Mam na myśli, że każdy z nas jest zmęczony drogą więc moglibyśmy zatrzymać się w jakiejś knajpce i coś zjeść.
-Ten pomysł nie jest tak dobry jak mój, ale może być- podsumował Peter patrząc w boczne lusterko.
-No okej. Ale pojedźmy gdzieś gdzie są frytki- postawiłam swój stały warunek. Jeżeli jeść na mieście to w miejscu gdzie będą frytki.
-Proszę cię, już łatwiej byłoby ubrał Petera w garnitur niż zmusić cię żebyś zjadła coś innego niż te żółte kartofle- Zoey spojrzała na mnie z uśmiechem.
Kilka minut później znaleźliśmy ładnie wyglądającą restaurację. Dlaczego ją wybraliśmy? Otóż była najbliżej i już na ścianie widniał duży napis "Dwie porcje frytek w cenie jednej". Peter zaparkował swój samochód i poszliśmy zająć jakiś stolik. W środku nie było zbytnio tłoczno, ale wszyscy goście mieli na stolikach frytki. Widocznie reklama zadziałała. Zajęłam miejsce obok Zoey i naprzeciwko Petera. Spostrzegłam nagle, że nie wzięłam ze sobą torebki.
-Cholera- zaklęłam cicho.
-Co się stało?-zainteresowała się Zoey.
-Zostawiłam torebkę w samochodzie...
-Gapa...I co? Teraz pewnie muszę ci dać klucze?
Peter rzucił je w moją stronę i na całe szczęście udało mi się je złapać. W przeciwnym wypadku już pierwszego dnia w Melbourne najadłabym się wstydu, a póki co chciałam tego uniknąć. Wyszłam z restauracji kierując się w stronę parkingu. Bez problemu zlokalizowałam samochód. Z uśmiechem podeszłam do drzwi wyobrażając sobie, że jestem jego właścicielką jednak...klucze nie pasowały. Spojrzałam na nie gniewnie i spróbowałam jeszcze raz jednak i tym razem nic.
-Czy właśnie próbujesz mi się włamać do samochodu?- usłyszałam za sobą jakiś głos. Gwałtownie i z przerażeniem się odwróciłam. Przede mną stał wysoki chłopak o ciemnej karnacji i ciemnych włosach. Był uśmiechnięty od ucha do ucha jakby widział jakiś kabaret.
-Um...słucham?
Wskazał głową na samochód, który właśnie próbowałam otworzyć.
-Podejrzewam, że twój samochód stoi tam- wskazał dwa miejsca parkingowe dalej, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Miałam wrażenie, że z trudem powstrzymuje śmiech.
Gdy zobaczyłam wszystkie ozdóbki jakie Peter umieścił na swoim samochodzie zdałam sobie sprawę z tego co się stało. Prawdopodobnie moja twarz niczym nie różniła się od dojrzałego pomidora.
-Ja...p..przepraszam. Nie wiem jak mogłam się tak pomylić- zaczęłam nerwowo gestykulować dłońmi. Dziękowałam, że Zoey i Petera nie mu tu teraz, bo później nie daliby mi żyć.
-Hahaha, nic się nie stało. Szczerze mówiąc nieźle się bawiłem patrząc jak się wściekasz, bo nie możesz otworzyć drzwi.
-Mogłeś mi zwrócić uwagę, a teraz się ośmieszyłam-zaczęłam się żalić.
-Hej, przecież zwróciłem... Tylko trochę później. No ale do kogo masz pretensje?-zapytał śmiejąc się. Plusem było to, że nie był wściekły, a wręcz przeciwnie, ta sprawa bardzo go bawiła. Trochę mnie to uspokajało, ale i tak byłam zła na siebie za takie gapiostwo.
-Przepraszam...
-Nic się nie stało. W porę zareagowałem, bo jeszcze chwila i zaczęłabyś wybijać okna.
Zaśmiałam się, ale cóż, tak pewnie bmiejsca
-Jeszcze raz przepraszam i... Idę już do właściwego samochodu- uśmiechnęłam się. Jedyną rzeczą jaka mnie podtrzymywała na duchu było to, że prawdopodobnie nigdy więcej go nie spotkam.
W końcu Peter dowiózł nas do docelowego miejsca. Pożegnałyśmy się z nim i wkroczyłyśmy w dorosłe życie....
/ Zoey Burton /
Leżałam na łóżku i przeglądałam zaproszenia do różnych wydarzeń na facebooku. Większość z nich to jakieś nudne, randomowe eventy, ale jedno z nich bardzo mnie zaciekawiło. "Impreza powitalna dla nowych studentów". Kilka sekund zajęło mi podjęcie decyzji- Ja i Jaimie musimy tam iść!
-Hej, Jai, masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór?- oczywiście wiedziałam, że żadnych nie ma, ale jakoś musiałam zacząć rozmowę.
-Tak- odpowiedziała nawet na mnie nie spoglądając tylko dalej wieszała ubrania w szafie. Ja zrobiłam to od razu po przybyciu więc aktualnie miałam wolne.
-Niby jakie?- zapytałam niedowierzająco.
-No, właśnie czekam aż mi powiesz. Na pewno coś już wymyśliłaś- uśmiechnęła się.
-Oczywiście!-zeskoczyłam z łóżka i pokazałam jej telefon, na któryś wyświetlona była strona wydarzenia. Niestety Jaimie tylko pokręciła głową.
-Impreza? Przecież nikogo tu nie znamy.
-No właśnie! Impreza powitalna dla nowych studentów! Większość nikogo nie będzie znała. No weź chodź!
-Nie mam się w co ubrać- zaczęła wymyślać nowe wymówki. Znałam to i wiedziałam, że nie wróżyło to nic dobrego. Zawsze gdy Jaimie wymyślała wymówkę za wymówką ostatecznie nigdzie nie szła. W każdym razie nie mogłam teraz na to pozwolić. Wyciągnęłam z jej walizki ładną zieloną sukienkę, którą miała założyć na swoje urodziny, ale niestety zachorowała więc nic z tego nie wyszło i pomachałam nią przed jej twarzą.
-Co robisz?- wyrwała ubranie z mojej ręki.
-Po coś ją tu wzięłaś, nie? Dzisiaj jest idealna okazja. Może spotkasz miłość swojego życia na tej imprezie? Albo jeszcze lepiej, JA spotkam!
-Haha, dobra. Niech ci będzie.
-Jeej. Mamy dwie godziny więc lepiej zacznijmy się szykować- zaproponowałam ucieszona.
******
Impreza powitalna odbywała się w budynku bractwa studenckiego. Jaimie miała jeszcze wątpliwości gdy stałyśmy przed drzwiami i miałyśmy zadzwonić dzwonkiem, ale rozwiały je osoby, które właśnie wychodziły.
-Oo, jeszcze więcej gości!- uśmiechnęła się wysoka brązowowłosa dziewczyna z dokładnie zrobionym makijażem twarzy. Wyglądała ładnie. Obok niej stała nieco niższa blondynka równie ładnie umalowana.
-Na co czekacie? Wchodźcie!
Minęłyśmy się z nimi w drzwiach, bo dziewczyny najwyraźniej gdzieś wychodziły. Zastanawiałam się przez chwile czy one były organizatorkami czy po prostu gośćmi.
-To, co teraz?-zapytała Jaimie rozglądając się dookoła.
-Dobre pytanie. Trzeba się gdzieś wpasować. O, może tam?- wskazałam na grupkę studentów grającą w piłkarzyki. Jaimie skinęła głową więc podeszłyśmy do nich.
-Kto wygrywa?-zapytałam moim przyszłych nowych przyjaciół.
-Luke!- odpowiedziała jakaś dziewczyna z piskliwym głosem.
-Ale Ashton zaraz go dogoni- uśmiechnął się fioletowowłosy chłopak.
-A, Ashton i Luke to...?
-No ci co grają- uśmiechnął się, ale to nie była poprawna odpowiedź na moje pytanie.
-No tyle to wiem, ale który to który- zaśmiałam się.
-Luke to ten blondasek, przywitaj się.
-Siema- uśmiechnął się, ale zacięta gra nie pozwoliła mu na nas spojrzeć. Mimo to uniósł dłoń na kilka milimetrów próbując nam pomachać. Doceniłam to poświęcenie, bo kosztowało go golem samobójczym.
-Cholera!- zaklął głośno.
-Hahaha, remis, łajzo- zaśmiał się drugi zawodnik, jak się domyśliłam- Ashton.
-A ten drugi to Ashton- wyjaśnił mi dokładnie nowy kolega.
-O wow, dzięki- pokręciłam ironicznie głową, ale fioletowowłosy nawet tego nie zauważył.
Nagle między mnie a Jaimie wcisnął się ciemnowłosy chłopak z dwoma kubkami piwa w rękach.
-Jak tam Michael, widzę, że już kogoś wyrwałeś.
-Haha, niee to jest...-urwał, bo prawdopodobnie przypomniał sobie, że jeszcze oficjalnie się nie zapoznaliśmy. Wyciągnął swoja dłoń- Michael.
-Zoey, a to Jaimie- wskazałam na przyjaciółkę, która do tej pory w ogóle się nie odzywała.
-Calum, ale my się chyba znamy-wskazał na brązowowłosą co wywołało moje olbrzymie zdziwienie. Spojrzałam na Jaimie żądając wyjaśnień.
-Tak...-odparła niemrawo.
-Znalazłaś ten samochód?- zapytał Calum, a ja dalej nie wiedziałam o co chodzi.
-Tak, przepraszam jeszcze raz, ale wstyd- Jaimie dotknęła palcami swojego czoła jak to miała w zwyczaju robić gdy było jej głupio. CO TU SIĘ STAŁO DO CHOLERY I CZEMU JA NIC O TYM NIE WIEM. Właśnie takie pytanie miałam wielką ochotę zadać, ale oczywiście nie zrobiłam tego.
-Co tu się stało i czemu ja nic o tym nie wiem?- dobra, zrobiłam to.
-Już wyjaśniam- odpowiedział Calum szybko przełykając piwo, które miał w ustach.
-Haha, nie, nie musisz!- zaczęła machać rękami przed jego twarzą Jaimie.
-Hahahah, ale daj spokój. To było zabawne. I wcale się nie gniewam za to. Taka akcja rzadko kiedy się zdarza.
-Ale nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Niech to zostanie między nami- zaproponowała ciemnowłosa.
-Nasz wspólny sekret...no niech będzie- uśmiechnął się również ciemnowłosy.
Stałam tak z założonymi rękami obrzucając ich najbardziej nienawistnym spojrzeniem na jakie było mnie stać.
-TAK! WYGRAŁEM, YEAH!-Wrzasnął Luke gdy skończył grę w piłkarzyki z pozytywnym wynikiem- Teraz Irwin, stawiasz mi piwo- uśmiechnął się i podszedł do mnie, Jaimie, Michaela i Caluma- A tu co się dzieje?-zapytał. Mogłam teraz w całej okazałości podziwiać jego zabójczo przystojną twarz. Hej, Jaimie pamiętasz jak mówiłam o spotkaniu miłości swojego życia? Ja właśnie ją spotkałam.
-To ta dziewczyna, o której ci mówiłem- wskazał na Jaimie Calum.
-Co? Jak to?- oburzyła się ciemnowłosa.
-Aa, miło mi, jestem Luke. Cieszę się, że nie włamałaś się do naszego samochodu gdyż mogłabyś odkryć rzeczy, które spowodowałyby trwały uszczerbek na twym zdrowiu.
-Haha...to był przypadek. Jestem Jaimie.
Powoli zaczynałam rozumieć o co w tym wszystkich chodzi.