/ Jaimie Warren /
Trochę irytował mnie fakt, że już większość osób wiedziała o mojej wpadce z samochodem dzisiaj rano. Zoey co chwilę ukradkiem posyłała mi przeróżne uśmiechy podobnie jak sam właściciel pojazdu. Jedyne osoby, które wydawały się nie być zainteresowane tym wydarzeniem to Ashton i Michael, bo nawet zwycięzca piłkarzyków co jakiś czas rzucał przeróżne uwagi typu "Calum, dobrze, że potrafisz zamykać samochód" lub po prostu "Co to za różnica jakim samochodem pojadę skoro wygląda tak samo?". Nie miały być one chamskie, a jedynie śmieszne, ale nie zmieniało to faktu, że byłam tym zirytowana w przeciwieństwie to Zoey, która robiła maślane oczy za każdym razem gdy tylko Luke otworzył usta. Sama w pewnym momencie chciałam sobie zażartować z przyjaciółki.
-Zoey, mówiłaś, że bardzo chciałabyś pograć w piłkarzyki, a teraz nikt nie gra- zagaiłam rozmowę tak by chłopcy słyszeli.
-Yy, nie przypominam sobie...
-Świetnie!- Luke chwycił ciemnowłosą za ramię i pociągnął w kierunku stołu do gry.
-Czekaj, ja nie gram- Zoey szamotała się przez chwilę, ale gdy spojrzała Lukowi w oczy uspokoiła się co z kolei wywołało na mej twarzy uśmiech.
-Może się o coś założymy?- zaproponował blondyn- Pomyślmy...jeżeli ja wygram to przez miesiąc będziesz mówić do mnie "O najwspanialszy".
-Tydzień- sprostowała Zoey- A jeżeli to JA wygram to przez tydzień będziesz mówić do mnie "O królowo"- uśmiechnęła się przebiegle.
Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać nad jej umiejętnościami w tej grze. Nie przypominałam sobie bym kiedykolwiek z nią w to grała...Może ona rzeczywiście była w to ponad przeciętnie dobra? Gra się rozpoczęła. I mimo, że obserwowałam uważnie to, co się działo nie potrafiłam określić komu idzie lepiej. Nagle wszyscy zaczęli bić brawo. Ja, Zoey, Luke, Ashton, Calum i Michael spojrzeliśmy w stronę dobiegających okrzyków. Na szczycie schodów przy barierce stał chłopak w samych bokserkach i ochraniaczach baseballisty. Obok niego stał inny, równie wysoki chłopak i wydawał z siebie przeróżne okrzyki bijąc brawo jednocześnie. Po chwili zrozumiałam o co chodzi. Widziałam takie coś wiele razy na różnych filmach. Baseballista zjedzie po linie mijając cały salon i wyjedzie na niej przez okno i oczywiście bezpiecznie wyląduję. Lądowanie nigdy się nie udawało, a ten tutaj pewnie myślał, że będzie tym pierwszym szczęśliwie lądującym. Spojrzałam jeszcze raz na linę. Chciałam poznać trajektorię lotu owego studenta. Zaniepokoił mnie fakt, że ta lina była niebezpiecznie blisko nas...Biorąc pod uwagę rozmiary chłopaka, któreś z nas mogło źle skończyć. Zaczepiłam Caluma by podzielić się z nim moimi obawami.
-Czy to przypadkiem nie jest niebezpieczne?
-Jest, o to w tym chodzi- odpowiedział najwyraźniej doskonale się bawiąc.
-Nie wjedzie w nas?
-Haha, skąd? Jestem pewny, że lina się wygnie i Josh wjedzie w okno. Nie mogę tego przegapić.
Calum, Luke, Michael, Ashton i nawet Zoey wyciągnęli swoje telefony i włączyli funkcję kamery. Postanowiłam zrobić to samo. Nie chcę ujść za dziwaka.
Wszyscy zaczęli odliczać.
-3, 2, 1...
I ruszył.
Na początku zjeżdżał powoli, ale Calum miał rację. Pod jego ciężarem lina niebezpiecznie się obniżyła co jednocześnie spowodowało przyspieszenie zjazdu Josha. Przez kamerę w telefonie widziałam, że jest on niebezpiecznie blisko nas. Zapewne to kamera tak wszystko przybliżyła, bo gdyby naprawdę był tak blisko to któreś z nas...
-Jaimie!-usłyszałam jak ktoś woła moje imię...i tyle, bo zaryłam głową o podłogę.
*********
-Jaimie! Wszystko okej?-ujrzałam nad sobą twarze wielu osób. Jedynymi, które rozpoznałam była Zoey oraz chłopcy. Chciałam kiwnąć twierdząco jednak sparaliżował mnie ból w dolnej części czaszki. Złapałam się za to miejsce ręką i poczułam tam jakąś ciecz...Spojrzałam na dłoń. Krew. Kilka osób pochylających się nade mną skrzywiło się z obrzydzenia i odeszło kilka kroków dalej dając mi tym samym możliwość swobodnego oddychania.
-Cholera...-zaklął Luke.
-Chyba bez szpitala się nie obejdzie- odezwał się Calum.
-Dajcie spokój! Ashton studiuje medycynę, on to załatwi- wpadł na genialny pomysł Michael, a ja przeraziłam się w duchu. Nie miałam jednak tyle sił by zaprzeczyć więc czekałam aż zrobi to kroś inny, na przykład Zoey. To moja przyjaciółka więc na pewno zatroszczy się o moje bezpieczeństwo i o to by zajął się mną lekarz.
-Dobra- zgodziła się- Świetny pomysł. Trzeba znaleźć apteczkę...
-CO? Ja dopiero zaczynam te studia...-jedyną osobą, która sprzeciwiła się temu pomysłowi był Ashton i chwała mu za to, a z Zoey później się policzę. Między nimi wybuchła dyskusja, a słowa rozpływały się w mojej głowie więc nawet nie wiedziałam o co się kłócą. Domyślałam się, że chodzi o mnie i o to co ze mną zrobić. No nic, najwyższy czas wziąć sprawy we własne ręce. Z lekkim trudem podniosłam się do pozycji siedzącej.
-Wszystko okej- zapewniłam- zadzwonię po taksówkę i podjadę do szpitala, a wy się nie przejmujcie- zaczęłam powoli wstawać, ale źle się poczułam więc wróciłam do pozycji wyjściowej. Dopiero Calum złapał mnie i pomógł wstać.
-Ja cię zawiozę- zaproponował.
-Jesteś pijany, zostaw mnie- odrzuciła jego pomoc.
-Cóż, wydaje mi się, że nie masz zbyt wielkiego wyboru Jaimie- uśmiechnęła się moja była już przyjaciółka- W razie jakichś problemów, Calum, mogę pomóc ci ją zakneblować.
/ Zoey Burton /
Minął jakiś kwadrans odkąd Jaimie i Calum opuścili imprezę. Że też ona zawsze musi coś wywinąć...No ale dzisiaj przeszła samą siebie! Gdy tak leżała nieruchomo na podłodze myślałam, że będę musiała kupić jakąś czarną sukienkę...
Gdy emocje trochę opadły wszyscy wrócili do zabawy. Ja i Luke również. Przy piłkarzykach byliśmy jednak tylko we dwójkę ponieważ była już ta godzina, że większość osób wolała się poważne napić natomiast Michael i Ashton pomagali otrząsnąć się Joshowi, który prawie do tej pory myślał, że spowodował śmierć rówieśniczki. Jaimie się zdziwi jak bardzo stała się popularna...Hehe. Ja i Luke kontynuowaliśmy grę tylko ze względu na zakład. Nie mogłam się skupić na grze więc niestety musiałam patrzeć jak Luke strzela mi gola za golem.
-HAHA wygrałem! Wiesz co to oznacza?- uśmiechnął się.
-No- odparłam wkurzona. Moja przyjaciółka jest w szpitalu, a ten mi gada o tym, że mam zwracać się do niego z jakimś głupim tytułem...I pomyśleć, że jeszcze parę chwil temu mi się podobał. Zawsze mam słabość do takich narcystycznych drani- Mógłbyś odpuścić- zagaiłam- Co jeżeli z Jaimie jest coś poważnego? Nie mogłam się przez to skupić.
-Dobra, dobra. Nie wykręcaj się. Zakład to zakład.
Nie zdążyłam nic odpowiedzieć bo Luke na chwilę odszedł. Przez ramię rzucił coś od odwiedzeniu swojego tronu...
Czekając na niego postanowiłam zadzwonić do Jaimie, do której oczywiście trudniej się dodzwonić niż do prezydenta. Zdenerwowana wsunęłam telefon z powrotem do kieszeni i w tym samym momencie wrócił Luke wymachując swoim telefonem.
-Właśnie rozmawiałem z Calumem- uśmiechnął się- Założyli jej kilka szwów i już wracają. Powiedział też, że Jaimie jest głodna więc wstąpią gdzieś do McDonalda.
-Ech..no tak. Jaimie zawsze wykorzysta sytuację by zjeść trochę frytek.
-Że co?
-A, nic, nic- machnęłam ręką, urywając myśl o największej miłości w życiu Jaimie- frytkach.
-To oznacza, że od teraz przez cały tydzień mówisz do mnie O najwspanialszy.
-Okej, nie ma problemu. Najwyżej będę cię unikać i jakoś zleci.
-Nie nie bardzo ci na to pozwolę. Mam zamiar jutro zabrać cię w pewne miejsce.
-Haha, nie.
-Ekhem...
-Co..?
-No..
-Haha, nie, o najwspanialszy- skrzywiłam się gdy tylko skończyłam mówić. To musi wyglądać naprawdę żałośnie...Ale zaraz...Czy Luke właśnie zaprosił mnie na randkę?