wtorek, 19 lipca 2016

Rozdział 3

/ Jaimie Warren /

Siedziałam obok Caluma na przednim siedzeniu samochodu, który jeszcze parę godzin temu uznałam za własność mojego sąsiada. Przed wyjazdem Zoey załatwiła mi trochę lodu z lodówki, który teraz przyciskałam do zranionego miejsca. Początkowy odcinek drogi minęliśmy w ciszy. Czułam się strasznie niezręcznie, a także było mi wstyd. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy? Już chyba wyczerpałam swój limit nieszczęść na jedną dobę...
-Myśl co chcesz, ale to wyglądało obłędnie- zagaił w końcu Calum. Spojrzałam na niego nie do końca wiedząc co chce przez to powiedzieć.
-Chodzi ci o...?
-No o lot Josha i jego lądowanie na twojej głowie.
-Wcale nie wylądował na mojej głowie tylko mnie kopnął- prychnęłam urażona.
-A ty skąd wiesz? Leżałaś już jak długa na podłodze- zaśmiał się cicho co jakiś czas spoglądając na mnie.
-Zabawne- odwróciłam głowę by nie spotkać jego wzroku.
-Nie przejmuj się. Zostałaś gwiazdą...
-Świetnie- przerwałam oschle chcąc dać mu do zrozumienia żeby nie drążył już tego tematu.
-Masz niezwykłe szczęście. Najpierw mylisz samochody, a teraz...
-Dobra, koniec! Zatrzymaj się, wysiadam!
-Co? Uderzyłaś się w głowę?..Sorry..
-Ha ha, koniec żartów, zatrzymaj się!
-Zwariowałaś? Wiozę cię do szpitala więc nie mogę wysadzić cię gdzieś po drodze.
-Nic mnie to nie obchodzi. Sama trafię! Zadzwonię po taksówkę, zapytam się ludzi...Poradzę sobie! Od przebywania w twojej obecności dostaję mdłości i czuję się okropnie więc zatrzymaj ten cholerny samochód!!
Tak jak chciałam tak i zrobił. Zjechał na pobocze więc mogłam bezpiecznie wyjść z samochodu. Mocno trzasnęłam drzwiami wyrażając tym moją frustrację i ruszyłam przed siebie mając nadzieję, że gdzieś w ten sposób dojdę...
Po jakichś 10 minutach drogi minęłam stację benzynową i jakieś ładnie wyglądające osiedle, ale nie było widać ani jednej osoby, którą mogłabym poprosić o pomoc. Zaczynałam powoli żałować, że wysiadłam z samochodu Caluma. W ogóle o co ja się tak zdenerwowała? Pożartować sobie chłopak nie może? W końca sama jestem sobie winna. Kara za moje sieroctwo. Nagle usłyszałam za sobą klakson samochodu. O cholera...To pewnie jacyś źli ludzie, którzy mogą mnie porwać, zgwałcić, napaść lub wywieść z kraju, albo sprzedać!! Powinnam uciekać...
-Już ci przeszło?
Samochód jechał blisko mnie więc mogłam zobaczyć twarz kierowcy. Calum. Nic nie powiedziałam. Dalej miałam urażoną minę choć tak naprawdę w duchu dziękowałam niebiosom, że po mnie wrócił.
-Już nie będę żartował więc wsiadaj- mówił niemal potulnym głosem jakby rozmawiał z małym dzieckiem, które trzeba namówić do zrobienia czegoś czego nie chce choć powinno. Znowu poczułam się głupio. Najlepsze co mogłam zrobić to zająć miejsce w samochodzie. Tak też zrobiłam.
-Przepraszam, że się tak uniosłam- powiedziałam w końcu nie patrząc na niego.
-Spoko. Dziewczyny już takie są. Poza tym też trochę przegiąłem.
Puścił piosenkę pewnego uwielbianego w Australii zespołu...5sos jeżeli się nie mylę, Good girl.
-Lubisz ich?- zapytał gdy piosenka się skończyła.
-5sos? Lubię. Wydają się sympatyczni.
-A którego najbardziej.
-Michaela. Fajnie wygląda gdy biega z laską.
-...Co?
-Haha, nic. Nieważne- uśmiechnęłam się pierwszy raz od dłuższego czasu.
W końcu dojechaliśmy do szpitala. Lekarz był dla nas trochę niemiły. Pewnie wziął nas za nieodpowiedzialnych imprezowiczów...No cóż, ciężko było się z nim nie zgodzić. W końcu się mną zajął. Skończyło się na kilku szwach i mogliśmy wracać na imprezę. Ja i Calum byliśmy nieco głodni więc postanowiliśmy wstąpić do jakiegoś fast fooda. Potem odwiózł mnie już do pokoju gdyż stwierdziłam, że mam dość wrażeń na dzisiaj, a jutro zaczynają się wykłady więc...chcę spać.

/ Zoey Burton /

Calum wrócił sam bez Jaimie. Powiedział nam, że musieli wracać do szpitala, bo dostała padaczki. Na chwilę znów wszyscy zaczęli myśleć czy aby na pewno nie będą uczestnikami pogrzebu, ale jego śmiech nas uspokoił, bo okazało się, że żartuje. Jaimie postanowiła jednak położyć się wcześniej spać.
Posiedziałam z chłopakami jeszcze chwilę dzięki czemu udało mi się dużo o nich dowiedzieć: Ashton studiuje prawo, Michael medycynę, Luke zarządzanie, a Calum informatykę. W końcu ja również postanowiłam wrócić do akademika żeby być w miarę funkcjonalna.

Rano mnie i Jaimie obudziło pukanie do drzwi.
-Otwórz- powiedziała ciemnowłosa głosem jakby miała jakieś 8 promili...
-Ty otwórz- prawdopodobnie brzmiałam tak samo - To na pewno do ciebie.
-Nie, to do ciebie. Zostałaś na imprezie dłużej, a ja do nikogo prawie się nie odezwałam.
Jaimie mnie przekonała więc wstałam leniwie, założyłam na siebie szlafrok i otworzyłam drzwi. Poczułam pulsującą żyłę na czole, bo nikogo nie było. Wstała z łóżka dla jakiegoś cholernego żartu?? Zobaczyłam jednak, że na podłodze coś stoi. Bukiet kwiatów. Nie był jakiś wytworny, ale całkiem ciekawy, bo kwiaty w żaden sposób się ze sobą nie komponowały. Do łodyg przeczepiona była karteczka z napisem "Jeszcze raz przepraszam". Wywnioskowałam więc, że to do Jaimie.
-Hyhy, masz tajemniczego wielbiciela- rzuciłam jej bukiet na łóżko.
-Co ty robisz?- zapytała zirytowana. Podniosła się jednak i przeczytała napis na karteczce- O matko. Weź to wywal.
-Sama to zrób. Może i uderzyłaś się w głowę, ale nie będę cię niańczyć- wyciągnęłam z lodówki jogurt, który był moim śniadaniem. Po chwili namysłu wyciągnęłam i drugi - Znaj moją łaskę, masz- rzuciłam jej go razem z łyżką by nie musiała przechodzić tego dystansu.
-Hoho, widzę, że czasem nawet ty miewasz dobre dni- zaśmiała się pod nosem.

Po wykładach wróciłam do pokoju z jedną myślą : spać. Nie miałam głowy do niczego innego. Jaimie miała wykłady dwie godziny później więc i wróci dwie godziny później. Ten czas mogłam bez problemu wykorzystać na drzemkę. Nagle usłyszałam dźwięk telefonu stacjonarnego...Kto do cholery ich używa? Przysięgam, że jeżeli to znowu Josh dzwoni z przeprosinami to własnoręcznie go zatłukę.
-Słucham?
-Chyba o czymś zapomniałaś- rozpoznałam ten drwiący głos po drugiej stronie słuchawki.
-Nie wiem o czym mówisz...o najwspanialszy- dodałam po chwili by nie słuchać dłużej jego gadki.
-Tak lepiej...Cóż. Byliśmy umówieni. Ale na pewno o tym pamiętasz, w końcu to randka ze MNĄ.
-Ta...
-Także, ubierz się ładnie, zrób się na bóstwo i za 20 minut będę, pa.
Rozłączył się. Aha. Co za buc.
Przebrałam się jednak w coś elegantszego żeby nie wyjść na wieśniaka. Nawet moja złośliwość ma swoje granice, zwłaszcza gdy w grę wchodzi opinia o mnie. Gdy usłyszałam pukanie do drzwi kończyłam poprawiać makijaż.
-Witam- Luke stał opartu o framugę. Miał na sobie czarną skórę przez co skojarzył mi się z motocyklistą. Wczoraj na imprezie w sumie był ubrany podobnie...
-Hej-nie podzielałam jego entuzjazmu.
-To możemy już iść? Wnioskuję, że jesteś już gotowa.
Zeszliśmy po schodach na dół gdzie czekał już jego "rydwan" a mianowicie motocykl w takim samym odcieniu jak jego skórzana kurtka.
-Masz- wręczył mi kask, a drugi założył na siebie -Wnioskuję, że pierwszy raz widzisz takie cacuszko.
Wzruszyłam ramionami.
-Może. Nie wiem, nie pamiętam. Dokąd mnie zabierasz?- chciałam szybko zmienić temat, bo nie znałam się zbytnio na motorach, a nie chciałam przed nim blado wypaść. Miałby kolejny powód do żartów.
-Proponujesz coś?
-Kino.
-Sprytnie. W kinie trzeba być cicho więc nie miałabyś okazji żeby zwracać się do mnie "o najwspanialszy". Przykro mi, ale ci tego nie odpuszczę. Jest taka jedna restauracja ze świetnym żarciem i obsługą. Tam chciałbym cię zabrać.
-Serio?- trochę się speszyłam. Nie byłam odpowiednio ubrana. Gdyby od razu mi powiedział to założyłabym sukienkę lub coś...
-Tak, strasznie ciężko tam o wolne miejsca. Trzeba dokonywać rezerwacji z miesięcznym wyprzedzeniem.
-Więc jaki ci się udało to zrobić z dnia na dzień?
-No właśnie nie udało.
-Hę? To gdzie w końcu jedziemy?
-No do tej restauracji. I masz się do mnie zwracać "o najwspanialszy".
Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Luke ruszył tak szybko, że prawie spadłam i tylko dzięki jego mocnej postawie udało mi się zachować równowagę.
*****
Restauracja rzeczywiście była oblegana i nigdzie nie było ani jednego wolnego stolika. Luke i ja podeszliśmy do kierownika sali.
-Witam, w czym mogę państwu służyć?- zapytał profesjonalnie jednak po wyglądzie stwierdziłam, że miał mniej więcej tyle samo lat co my.
- Siema stary- odparł Luke bezceremonialnie. Miałam ochotę strzelić facepalma...-No więc my tutaj przyszliśmy wiesz...coś zjeść- wskazywał na mnie uśmiechając się porozumiewawczo. Czyli zna tego typa. Nie ma innej możliwości, w końcu nie ma tak głupich ludzi żeby w ten sposób zwracali się do obcych.
-Ach, rozumiem. Więc pozwolicie państwo, że zaprowadzę was do specjalnego miejsca dla specjalnych gości.
Ruszyliśmy za chłopakiem. Byłam ciekawa gdzie nas zaprowadzi..Po chwili staliśmy już pod wejściem na zaplecze.
-Luke, chyba wiesz co dalej robić- uśmiechnął się chłopak i wrócił na swoje stanowisko.
Boże drogi, w co ja się wpakowałam?
-No więc zapraszam- otworzył mi drzwi.
Byłam w takim szoku, że nie mogłam mu nic odpowiedzieć. Zaprosił mnie na randkę na jakieś zaplecze...
Przeszliśmy przez mały korytarzyk aż przed nami ukazały się drzwi do "Pokoju dla pracowników". Weszliśmy tam. Pomieszczenie nie było duże, ale mieściła się w nim średnia kanapa, fotel i telewizor.
-Rozgość się- zaproponował z uśmiechem, a ja dalej nie byłam w stanie nic powiedzieć -Widzę, że zaniemówiłaś  z wrażenia.
-Ta. Rzadko kiedy ktoś zabiera mnie na randki na zaplecze restauracji.
- Trzeba być pomysłowym i oryginalnym żeby nie wkradła się rutyna.
-Pracujesz tu?- zapytałam po chwili.
-Tak, jestem kelnerem. Jakbyś szukała pracy to może mógłbym zagadać do szefowej- uśmiechnął się szarmancko i już wiedziałam, że nie pojawię się w tej restauracji ponownie. 

follow?